wtorek, 5 czerwca 2018

Kidzania - miejsce dla dzieci


Już jakiś czas temu zabraliśmy chłopców do Kidzanii, miejsca stworzonego dla dzieci a mieszczącego się w jednej z galerii handlowych. Nie mieliśmy wcześniej do czynienia z tego rodzaju formatem, więc też nie za bardzo wiedzieliśmy czego się tam spodziewać. Ot, zostaniemy godzinkę, może dwie jeśli się chłopcom spodoba.
O majgat!



Kidzania to, można powiedzieć małe miasteczko, dwupiętrowe, z różnymi punktami, lokalami, w którym dzieci na około 10-15 minut mogą wcielić się w różne role – pilota, policjanta, strażaka, lekarza, ratownika medycznego, kucharza, kierowcy, artysty, fryzjera, pracownika produkcji, kuriera, reżysera, sprzedawcy albo klienta w supermakecie i wiele innych.
Na dzień dobry udajemy się do banku, żeby wymienić czek w kasie i otrzymać lokalną walutę Kidzosy, wow jesteśmy bogaci. Zobaczmy, co z tą kasą możemy zrobić? Oczywiście wydać.
Pieniądze można łatwo wydać np. w fabryce Coca-Coli, mleka, soków, gdzie dziecko uczestniczy w mikroprocesie produkcji, a na koniec otrzymuje zrobiony przez siebie napój, można zrobić własnoręcznie pizzę, pojeździć samochodem, polatać samolotem ok, symulatorem samolotu, jest tego naprawdę dużo. Przy takim szaleństwie kasa się szybko kończy ale przecież nie możemy już wyjść, przecież nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego. Okazuje się też, że jest dużo miejsc, w których pieniądze można zarobić – "pracując" w szpitalu, w straży pożarnej, policji, w supermarkecie, na stacji benzynowej (dziecko, które obsługuje dystrybutory na koniec pracy dostaje zarobione pieniądze natomiast dziecko, które samochodem jeździło musi za tę atrakcję zapłacić swoimi kidzosami), przy czym jednorazowo, więcej się wydaje niż zarabia, więc to dziecko decyduje czy go na daną atrakcję stać, czy powinien jeszcze iść gdzieś do pracy. Gdy chłopcy załapują sens i logikę chwytają się wszystkich zajęć, w których można zarobić, później Starszy chce tylko zarabiać a Młodszy już by najchętniej powydawał ;)








W naszej opinii, wszystko jest przygotowane z dużą dbałością o detale, stanowiska pracy i zabawy są naprawdę profesjonalnie przygotowane, nawet wyposażenie gabinetu dentystycznego sprawia wrażenie jakby był w mniejszej skali odwzorowaniem tego co znamy z życia. Mała drukarnia produkuje prawdziwe kartony, które później będą wykorzystane przy produkcji np. soków, a dzieci pracujące w tym czasie w firmie transportowej dostarczają je zgodnie z otrzymaną specyfikacją, tutaj żadna praca nie idzie na marne.
Po jakimś czasie my już jesteśmy zmęczeni i chcielibyśmy wracać ale chłopcy mają jeszcze tyle planów, ostatecznie zostajemy tam znacznie ďłużej niż na początku planowaliśmy a i tak nie spróbowaliśmy wszystkiego.

Następnego dnia rano, chłopcy znikają i bawią się na podwórku, po niecałej godzinie wracają mokrzy, z wypiekami i uśmiechami na twarzy.
Mamo, tato, umyliśmy samochody.
Fantastycznie, dziękuję.
Teraz już nie musicie płacić panu ogrodnikowi, my możemy myć auta i zarabiać swoje pieniądze.

Nie ma wątpliwości, że dzieci najlepiej uczą się przez zabawę. Lekcja odrobiona :)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Taif. O wycieczce, która bardzo się udała.


Za nami miło spędzony weekend w Taif. Nauczeni ubiegłorocznym doświadczeniem (o majgat! To już ponad rok minął!) tym razem już w czwartek wieczorem uzbrajamy się w pełen bak, i w miłym towarzystwie zostajemy tam na cały weekend. Weekend ani przez chwilę nie jest leniwy za to męczący, naprawdę miło i przyjemnie męczący.
Nawigacja proponuje chyba trzy trasy, nie należy jej jednak ślepo ufać i mimo wszystko patrzeć na znaki, gdyż w pewnym momencie gdy mapa pokazuje, by wciąż jechać prosto, na tablicach pojawiają się informacje, że to droga tylko dla muzułmanów, musimy więc wybrać drogę FOR NON MUSLIM; pomimo tego, że informacja ta jest na czerwonym, nie tak trudno ją zignorować. Z odczuwalnym wyhamowaniem zjeżdżamy prawie w ostatniej chwili.

Niestety, my nie mamy wstępu do świętego miasta Mekki.

Przez następnych kilkanaście kilometrów mijamy kilka znaków ostrzegających przed zwierzętami gospodarskimi, jak widać niektóre kraje mają swoją wersję tego znaku drogowego.

Chłopcy trochę marudzili, dopytując kiedy w końcu dojedziemy do tego hotelu ;) ale po poważnej rozmowie, nie bez bólu i żalu, zaakceptowali i zrozumieli, że to nie hotel jest celem naszej wyprawy i jeszcze zanim wysokościomierz w samochodzie naszych przyjaciół pokazał prawie 1800m, śmiechom, żartom i zachwytom nie było końca – mamo, jak tu pięknie, bardzo mi się tu podoba, bardzo mnie to zachwyca, mamo czy możemy powspinać się po tych górach, to chociaż po nich pospacerować, a czy możemy w następny weekend znów tu przyjechać?
Już przy pierwszym postoju, Młodszy odkrył w sobie duszę odkrywcy. Zatrzymaliśmy się na parę minut, gdzieś na poboczu, nieopodal wzniesień, kamieni i jakiejś niedokończonej budowli i tam nasz syn odnalazł fragmenty kości czaszki jakiegoś zwierzęcia, jeszcze z zębami. Mamo, możemy pojechać jeszcze raz w te góry, żebym mógł poszukać kości? Bardzo chciałbym zostać „arcychologiem” i bardzo marzę, żeby odnaleźć prawdziwą czaszkę, taką ludzką. Nie mam pewności, czy takie marzenie dobrze świadczy o nas jako rodzicach.

Chłopcy spokojnie mogli dać upust swojej nowej pasji, gdy pojechaliśmy zobaczyć stary turecki fort (który kilka lat temu został odbudowany), miejsce, jak dowiedzieliśmy się od napotkanego tam przy okazji przewodnika ma około 250 lat, natomiast skrywa dużo starsze skarby - wyryte w kamieniu starożytne rysunki, które jak powiedział nam przewodnik mogą liczyć nawet około 3000 lat. Wow! Tego właśnie dzieciom było trzeba, nasi „eksplorerzy” ruszyli do akcji poszukiwania rysunków na kamieniach - małpy, kozy, jaszczurki... Tu,  nawet zardzewiałe stare puszki czy kapsle wydawały się być dla nich drogocenniejsze niż złoto czy diamenty. Podejrzewam, że ten kraj, do którego nie jest wcale tak łatwo wjechać kryje naprawdę dużo skarbów; kto wie, może Młodszy będzie mógł kiedyś wrócić tu kiedyś z jakąś arcychologiczną ekspedycją? Chyba, że jednak zostanie chemikiem albo youtuberem albo jubilerem, chociaż - jak twierdzi - wszystkie te zajęcia można ze sobą pogodzić. 








Na sam koniec, dumni, czerwoni na twarzach chłopcy przybiegli z prawdziwym skarbem – zobaczcie co odkryliśmy! To starożytny dysk! 

Poczułam się starsza od Kleopatry ;-)

Tak jak do mnóstwa dzikich, ulicznych kotów w Jeddah się już przyzwyczaiłam, to tutaj zobaczyliśmy więcej dzikich małp niż kotów. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie chłopcy za niesymboliczne dziesiątki Riyali mieli okazję przejechać się na grzbiecie wielbłąda i w tym samym też miejscu spotkaliśmy żerujące na przyjezdnych nie tylko stada dzikich małp, lecz także lokalnych przedsiębiorców z torbą wypchaną reklamówkami z marchewkami, za symboliczne 10 SAR. 



Kolejny przystanek - plantacja róż, żałuję, że zapachu, który poczułam wychodząc z auta nie da się uwiecznić na zdjęciu, duża ilość małych, nierozwiniętych jeszcze, różowych kwiatków ma dużą moc i w powietrzu czujemy wspaniały, delikatny z jednej strony a zarazem silny, przepiękny zapach róż. Chłopców jednak najbardziej zainteresowały leżące obok narzędzia ogrodnicze, i prawdopodobnie gdybyśmy zostawili ich z nimi dłużej zrobiliby jakich archeologiczny wykop. Mamo, możesz mi kupić takie same narzędzia jak na tej plantacji? Taki jakby sierp. 
Czeka nas chyba wyprawa do sklepu z narzędziami ogrodniczymi.

W samym mieście Taif musimy wierzyć nawigacji, w sumie to, można też wierzyć znakom, pod warunkiem, że się umie czytać znaki.

Udajemy się do ładnego, dużego parku, który pamiętamy z naszej ubiegłorocznej wycieczki, tym razem odbywa się tam Festiwal Róż. Tłumy ludzi nie pozwalają nam cieszyć się urokami tego ładnego parku, więc przechadzamy się jeszcze wśród różanych stoisk, szybka rundka wokół parku, arabska kawa, lody i decydujemy się wracać.



Następnego dnia w drodze do parku wodnego zatrzymujemy się w różanej fabryce. Gdy patrzę na instalacje przypomina mi się książka „Pachnidło”; chłopcy zamiast poznawać nowe miejsce najchętniej by założyli maski tlenowe, z powodu intensywnego, nie do wytrzymania przez nich zapachu rozchodzącego się przy okazji wydobywania esencji różanej, szybko ewakuują się na zewnątrz. Mam nadzieję, że nie pozostanie to ich traumą na całe życie, bo gdy w domu używam zakupionego kremu o intensywnie pięknym zapachu róż, najczęściej słyszę od moich chłopców mamo co tak śmierdzi, albo – z raczej skrzywionym wyrazem twarzy - mamo co to za dziwny zapach? Mamo, czy to znowu te róże?
Nie spodziewam się w takim razie dostać od nich żadnego bukietu róż, pocieszam się jednak, że te kwiaciarniane nie pachną aż tak intensywnie, więc kto wie ;-)




Ponieważ kobiety nie mają wstępu do tego parku wodnego, zostawiamy tam męskie towarzystwo i udajemy się kolejką linową na tę samą górę, z której dopiero co zjechaliśmy, tam zjadamy obiad, panom zamawiamy pizzę na wynos i wracamy na dół. Przejażdżka okazuje się o wiele mniej straszna niż moje wyobrażenie o niej. 





Młodszy jest niepocieszony, gdy okazuje się, że już pora wracać do domu i że nie będzie już miał okazji poszukać kości, mamo ale spakowałaś i nigdzie przypadkiem nie wyrzuciłaś tych kości które znalazłem?
Przy pamiętliwości moich dzieci (tak, tak, to po mamie), jakże bym śmiała... ;-)
Obiecuję więc chłopcom, że latem w Polsce pojedziemy w góry i do kaplicy czaszek. Młodszy: to ja poproszę pana z kaplicy, żeby pozwolił mi jedną zabrać. 
O majgat! 

czwartek, 8 marca 2018

Sto dni


Gdy trochę miesięcy temu Pan Mąż kupował tu auto, okazało się, że jego właściciel był nauczycielem w szkole, do której teraz chodzą chłopcy. Uspokajał nasze ówczesne obawy, przekonując, że po trzech miesiącach chłopcy zaczną zawierać znajomości, mieć szkolnych przyjaciół, po pół roku będą już się komunikować, a po roku zaczną nawet poprawiać nasz angielski.
Dziś mogę śmiało powiedzieć, za jakimś starym dowcipem o bacy – prorok jaki czy co?
Czy to na placu zabaw, czy gdzieś na zajęciach, nie przychodzą już do nas z zapytaniem – a jak się mówi po angielsku...? Prosto, używając nieskomplikowanego zestawu słów i zwrotów ale po prostu - rozmawiają.
Niedawno Młodszy próbował wytłumaczyć mi różnicę w brzmieniu trzech głosek, które w moim wykonaniu wychodzą tak samo a on wymawia je z jakimś takim „frazesem” i jedno „u” czy „o” w zależności od słowa potrafi wypowiedzieć na różne sposoby, przy czym dla mnie jest to jak mission impossible, słyszę różnicę ale wypowiedzieć nie potrafię. Mamo, ale posłuchaj i teraz powtórz, przecież to proste. Taaa...
Po zimowej przerwie, można w sumie powiedzieć – po ciepłych feriach zimowych, mieliśmy spotkania podsumowujące z nauczycielami, drugie takie w tym roku szkolnym. Nie wiem jak wywiadówki wyglądają w polskich szkołach, nie wiem nawet jak wyglądały, gdy ja byłam uczennicą, lecz w naszej szkole takie spotkania, które nazywają się Teacher-Children-Parent Conference, trwają przez kilka dni. To trójstronne spotkania, trwające po 20 minut indywidualnie z każdym nauczycielem (w zależności od potrzeb), w których uczestniczy nauczyciel, dziecko i rodzic(e), w trakcie których rozmawiamy z dzieckiem, o dziecku i ono ma szczególnie ważny głos w tej rozmowie. Każde dziecko i jego rodzeństwo mają szereg spotkań z różnymi swoimi nauczycielami tego samego dnia, my mieliśmy ich w sumie pięć, trzy u Młodszego i dwa u Starszego.
Młodszy był mocno podekscytowany, cieszył się na myśl, że będzie mógł mi wszystko pokazać, opowiedzieć, zademonstrować, szczególnie, że jego spotkania zaczęliśmy od ulubionego „magicznego pokoju” z panią, z którą ma indywidualne zajęcia czytania i pisania. Z ogromną dumą pokazywał swoje rekordy w czytaniu, postępy w nauce pisania, ulubione gry i zabawy.
Nauczyciele wypowiadali się pozytywnie, pełni uznania dla obu chłopców, ich zapału, ciężkiej pracy i dużych postępów, jakie zrobili od początku roku szkolnego. Wciąż dużo pracy przed nami, ale z takim wsparciem, jakie otrzymujemy ze strony szkoły z pewnością jest łatwiej.
Nauczycielka klasy mówiła, że w porównaniu z początkiem roku, Młodszy teraz aktywnie uczestniczy w zabawach z innymi dziećmi oraz wypowiada się w trakcie zajęć. Opowiedziała jak kilka dni wcześniej, po dodatkowych zajęciach dołączył do klasy, w której akurat dzieci poznały historię psa o imieniu Charlie i wszedł do klasy w momencie gdy padło pytanie - kim jest Charlie? Nie sądziła, że zabierze głos, szczególnie, że nie słyszał tej opowieści od początku. Na co on, jak stał, tak całym zdaniem odpowiedział, że Charlie to chłopiec, który mieszka z rodzicami i dziadkiem i wygrał ostatni złoty bilet do fabryki czekolady. Nauczycielka była pod wrażeniem jego skojarzenia oraz tego, że pięknie opowiedział to pełnymi zdaniami. Akurat film o chłopcu, który wygrał złoty bilet do fabryki czekolady obejrzeliśmy kilka tygodni wcześniej, gdy Starszy przyniósł tę historię ze szkoły.
Cóż, wszystko się dzieje po coś.

W ubiegłym tygodniu Młodszy przyniósł ze szkoły pismo, że z okazji 100 dni w szkole odbędzie się w klasach Y2 parada, z prośbą by przebrać dzieci za kogoś, kto ma sto lat. Gdy mu to przeczytałam, początkowo się rozpłakał, mówiąc, że on nie chce siedzieć w szkole przez 100 dni, zresztą obaj chłopcy nie od razu chcieli uwierzyć, że już minęło sto dni ich nauki. Przecież sto to tak dużo, nie tak dużo jak ich ulubiony centylion, ale sto dni to naprawdę bardzo, bardzo, bardzo długo.
Młodszy stwierdził, że on nie chce być starym człowiekiem, zaproponowałam by przebrał się za coś co ma sto lat, na co Starszy z miejsca wymyślił, że żółw żyje 100 lat. Nie byłam pewna, czy o to chodziło inicjatorom, bo mieli się jednak przebrać za someone, a czy żółw to someone czy raczej something? Nie było innej opcji, sam ozdobił swoją skorupę i został żółwiem. Rodzice pozostałych dzieci wykazali się ogromną kreatywnością, dzieci zamieniły szkolne podwórko w tętniący życiem, radosny, kolorowy i bardzo uroczy dom starców. Nie byłam pewna, czy Młodszemu nie będzie jednak przykro, że jako jedyny będzie odstawał od formatu, ale on wydawał się być z tego powodu dumny, mówiąc jeszcze wieczorem przed pójściem spać – mamo, byłem jedynym żółwiem, wszyscy się tak staro poprzebierali, a tylko ja przebrałem się za żółwia. Żółwia, który na dodatek miał nie sto a pięćset lat.


Mamo, za ile dni polecimy do Polski?
Jeszcze jakieś 100 dni.
Naprawdę? Tak szybko? 
*
Mamo? Czy dziś zostały już tylko 99 dni do naszego wylotu?
Tak, a jutro będzie to już 98.

niedziela, 28 stycznia 2018

Przeprowadzka

Uwzględniając naszą średnią, to statystycznie rzecz ujmując, dawno się nie przeprowadzaliśmy ;-)
Nie to, żeby mocno nam zależało by od naszej średniej nie odstawać, tylko skoro nadarzyła się okazja i możliwość, to, z miłą chęcią z niej skorzystaliśmy. Nie była to odległa przeprowadzka, raptem z piętra naszego domu na jego parter, ale taka zmiana zdecydowanie wyszła nam na dobre. Choć, tak jak w przypadku wyjazdów z bardzo małymi dziećmi, bez względu na to czy jedziesz na dwa dni czy na tydzień i tak pakujesz tak samo dużo rzeczy, więc bez względu na to, czy przenosisz się z jednego piętra na drugie czy z jednego miasta do drugiego, to i tak trzeba wszystkie swoje rzeczy zabrać. Gromadzimy ich bardzo dużo, często potrzebnych tylko sporadycznie ale jednak są, ukryte w zakamarkach, szafkach, szafeczkach, szufladach. Już wiem czego sobie zażyczę na wszystkie najbliższe okazje – niczego! Zupełnie, całkowicie, absolutnie.

Ponieważ zależało nam na czasie a mieszkanie na dole nie wymagało mocnego remontu, więc Pan Mąż wynajął ekipę, która miała tylko odświeżyć ściany, oczyścić jedną łazienkę (która prawdopodobnie z powodu ostatniego bardzo ulewnego dnia prezentowała się obrzydliwie), przenieść i zainstalować nasze klimatyzatory oraz cięższe meble i sprzęty. No problem boss, we will do in two days, tomorrow 9 a.m.
Dwa dni w zupełności wystarczą, jeśli faktycznie zaczną od 9 rano. Przecież to - no problem. Ekipa jak obiecała tak się nie zjawiła, dopiero około południa zadzwonili, że już jadą, tylko kupują jeszcze farby i wszystko co będzie potrzebne, ostatecznie zjawili się przed czternastą, już później po południu mówiąc, że potrzebują jeszcze jednego dnia. Tomorrow 9 a.m. we start.
W ostatecznym rozrachunku, zajęło im to, zdaje się cztery, może pięć dni, każdego dnia zjawiali się nie wcześniej niż o dwunastej a efektywność ich pracy, chyba mogę podsumować cytując postać z ulubionej „kreskówki” Pana Męża – u siebie rób jak u siebie, a u obcego, na odpier*ol! O majgat!
Było, minęło. Plusem naszego nowego lokum jest to, że mamy ładnie zadbany, oświetlony, duży ogród z przodu i z tyłu, a to co nazywaliśmy ogrodem należącym do poprzedniego apartmentu można spokojnie nazwać przeddomowym trawnikiem.
Dzikie koty, które na nas zawsze czekały przy schodach i nachalnym, intensywnym miauczeniem prosiły o posiłek gdy tylko się pojawialiśmy, szybko zrozumiały gdzie mieszkamy teraz i okupują nie tylko nasze schody ale też i okna, a nawet potrafią wytarzać się bądź wylegiwać na świeżo wypranym. Natomiast rudy kot sąsiadów w szczególności upodobał sobie okno kuchenne, z którego chyba musiał być w przeszłości dokarmiany, bo gdy tylko się zjawiam w kuchni miauczy zza szyby niczym klient McD'da składający zamówienie w okienku. Jedno jest pewne, w przeciwieństwie do naszej kotki nie lubi tuńczyka 😉
 



Czujemy lepszą energię tego miejsca, choć w poprzednim nie było nam źle.

Z szacunkiem do wszystkich miejsc, ludzi, sytuacji, decyzji podjętych i zaniechanych, których wypadkowa sprawiła, że jesteśmy tutaj - dziękuję; z szacunkiem do wszystkich przodków, którzy z różnych powodów musieli się przenosić z miejsca na miejsce, zmieniać miejsca zamieszkania, być może zostawiając swoje domy, rzeczy za sobą w ucieczce... ja już nie muszę i nie chcę się przenosić, znalazłam swoje miejsce na ziemi, przynajmniej na najbliższych kilka lat. Wiem, wiem, nie od nas to zależy, ale jakby można było, to poproszę. 



A później? Kto to wie... ja chyba nawet nie chcę wiedzieć.

I'm so happy...

czwartek, 25 stycznia 2018

Święta, święta i po świętach!

Powiew arabskiej zimy przywitał nas po wyjściu z samolotu. Ponieważ był środek nocy, nie odczuliśmy podmuchu gorącego powietrza tylko całkiem przyjemne ciepło a chwilę później chłód w klimatyzowanym autobusie. Jeszcze tylko kontrola dokumentów, odbiór bagaży i jesteśmy jedną nogą w domu. Zawsze w tym momencie mam nadzieję, że nie będzie długiej kolejki, oczekiwania, no i uff, tym razem nie ma. Welcome in Saudi Arabia, słyszymy gdy w naszych paszportach lądują pieczątki, operator mojej sieci komórkowej też zawsze miło wita mnie po podróży.


Zanim bagaże z naszego lotu wjadą na taśmę, wysyłam Starszego po wózek, których kilka sztuk zauważam gdzieś pod ścianą. Synku, zarobiłeś właśnie kilka Riyali, które musielibyśmy zapłacić panu bagażowemu (których liczna grupa wypatruje pasażerów potrzebujących pomocy z transportem swojego bagażu, nachalnie wręcz oferując swoje usługi). Po kilkunastu minutach kompletujemy wszystko co nasze i ustawiamy się w kolejce do kontroli bagażowej. Pomimo tego, że w naszych walizkach wypchanych świątecznymi prezentami, polskim jedzeniem i wszystkimi zakupami, które zrobiliśmy nie ma nic czego wwieźć tutaj nie można, to jednak zawsze mam małego „stresa”, czy ktoś przypadkiem nie zechce czegoś sprawdzić, obejrzeć, dotknąć, bo otwieranie misternie, pod korek wręcz, zapakowanych, walizek i przedzieranie się przez swoje gacie, kosmetyki, tampony, książki, batoniki Teatralne, herbatki, płatki, kasze i całą masę innych rzeczy ciasno upchanych w bagażu nie jest tym o czym marzę po kilku godzinach lotów. I choć za każdym razem obiecuję sobie, że następnym razem nie będziemy zabierać z Polski aż tyle rzeczy, to zawsze jednak stojąc przy półkach w supermarkecie, z produktami, których mi tutaj brakuje, albo które zwyczajnie są dużo droższe, staram się jednak kupić taki zapas by wystarczył mi do najbliższego przylotu i by maksymalnie wykorzystać wolną przestrzeń w walizkach.
Po kontroli pakujemy wszystko na zdobyczny wózek; tuż za bramką, przebijamy się przez tłum mężczyzn oferujących taksówki. Pan Mąż rozpoczyna negocjacje z jednym z nich, zaznaczając kilka razy, że będziemy potrzebować dużego auta, które zmieści nas wszystkich, nasze wszystkie walizki i dwa foteliki. Duże auto, naprawdę duże auto. No problem boss, no problem.
To, co jest tutaj pewne to to, że hasło no problem, najczęściej nie oznacza, że można być zupełnie spokojnym, że nie ma się czym martwić i że to naprawdę żaden problem.
Pan Taksówkarz przejmuje nasz upchany wózek, Pan Mąż toczy jedną wielką walizkę, która się na niego nie zmieściła, słyszę jeszcze raz jak upewnia się, że auto naprawdę nas wszystkich pomieści, no problem boss, no problem. Przechodzimy przez parking, docieramy do auta wielkości popularnych tutaj taksówek, w stylu chyba sedan to się nazywa i naprawdę nie widzę opcji, żeby wszystkie nasze bagaże zmieściły się w tym samochodzie.
Nie? No to patrz!
Pan Taksówkarz odsuwa fotel pasażera, na którym upycha walizkę, kolejne wciska do bagażnika, odwijamy chłopców foteliki z folii, które w częściach upycha jeszcze i w bagażniku i z przodu, powtarzając niczym mantrę no problem, no problem, a cała nasza czwórka, chcąc nie chcąc, z moim plecakiem podręcznym musi się jeszcze pomieścić na tylnej kanapie. Komfort jazdy pozostawia wiele do życzenia ale już nie mamy ani siły ani ochoty na poszukiwanie innych rozwiązań. Chłopcy zasypiają w drodze.

Gdy dwa tygodnie później spotykam się z przyjaciółką i rozmawiamy o naszych wyjazdach świątecznych, przyznaję, ona zresztą też, że naprawdę sympatycznie i fajnie (tak, pamiętam, moja polonistka z podstawówki wbijała nam do głowy, że nie ma takiego określenia, że coś nie może być fajne) spędziliśmy czas, miło jest porozmawiać, poodwiedzać, spotkać się z najbliższymi, z rodziną, z przyjaciółmi, ale równie miło też jest tu wrócić, do siebie, swoich kątów, rzeczy, swobód, przyzwyczajeń.

Cieszę się na każdy wyjazd do Polski, ale cieszę się też za każdym razem gdy tu wracam. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Przychodzi baba do lekarza

Tutaj też się choruje. Odnoszę nawet wrażenie, że tutaj trwa to dłużej (przynajmniej w moim przypadku). Nie bez winy jest z pewnością ciągła zmiana temperatur otoczenia – upał, klimatyzacja, upał, klimatyzacja, plus jakieś wirusy, które otaczają nas dookoła.
Ostatnio Młodszy powiedział, wiesz mamo czego mi brakuje w Arabii? Czego kochanie? Lasów, bardzo mi brakuje lasów.
O tak! Lasy. Mi też ich tu bardzo brakuje. Każda chwila spędzona w leśnym mikroklimacie zawsze, bez wyjątku, miała bardzo dobry wpływ nie tylko na nasze samopoczucie ale też i na drogi oddechowe.

W pierwszej kolejności poszłam do lekarza z chłopcami, mój stan nie był na tyle nie do zniesienia, żeby zaprzątać głowę jakiemuś lekarzowi czy lekarce.
Kiedyś, lata temu, umówiłam się z moją ulubioną Ewunią w Warszawie, to było jeszcze przed posiadaniem google maps i nawigacji w telefonie, więc przed wyjazdem przestudiowałam plan stolicy, a Ewa bardzo dobrze mi wytłumaczyła, że tu trzeba skręcić w lewo, tam w prawo, potem w lewo, na rondo, i w lewo albo w prawo, co swoim zwyczajem i tak pomyliłam, ale dotarłam. Gdy później jechałyśmy już w aucie razem, mówię – prowadź. I słyszę – teraz skręć w tę stronę, w tamtą, w moją, w twoją. Mówię – ale przez telefon wiedziałaś, która jest prawa a która lewa.
Bo się przygotowałam.

Więc i ja się przed każdą wizytą przygotowuję. Wszystkie podstawowe objawy mam w miarę „obcykane” po angielsku, a nawet jeśli nie mam, to jestem w miarę prostym językiem wytłumaczyć co moim dzieciom dolega.
Gorzej gdy nie zrozumiem pytania, hahaha.
Otóż w pobliskiej przychodni, do której zabrałam chłopców, poza standardowym (przed każdą wizytą, w każdej przychodni, w której byliśmy) mierzeniem, ważeniem, sprawdzeniem temperatury, pielęgniarka zrobiła bardziej szczegółowy wywiad.
- delivery normal? Pytające spojrzenie - ale o co chodzi? Delivery normal or (i tu padło słowo klucz, które powinno naprowadzić mnie na sens pytania, gdybym je dobrze usłyszała i skojarzyła w danym kontekście)?
Ponieważ już wtedy byłam chora to oczywiście uznałam, że nie dosłyszałam a tak naprawdę to pewnie nie zrozumiałam pytania. Cokolwiek to miało znaczyć palnęłam normal, bo do tej pory słowo „delivery” kojarzyło mi się z pocztą polską, dhlem i całą masą innych środków transportu, bądź łańcuchem logistycznym, a okazało się, że może także chodzić o poród.
Dopiero gdy pielęgniarka uzupełniała kartę Młodszego, coś zakliknęło i zrozumiałam swoją głupotę. Sprostowałam, pani pokreśliła w obu kartach, choć oczywiście nie miało to znaczenia dla aktualnego stanu zdrowia chłopców. Choć później pani doktor zapytała co było powodem tego, że miałam cięcie cesarskie, czyli caesarian.
Czy któryś z chłopców przebywał w szpitalu albo miał operację?
Starszy, jak był młodszy, miał jeden zabieg. I bądź tu mądry jaki. Pokazałam gdzie, jaka blizna została. Pani doktor pyta – cośtam czy cośtamcośtam? Poddaję się, wyciągam telefon, google, słownik. Pokazuję jej na wyświetlaczu i mówię, wtedy powiedziano mi, że to ma się tylko raz, więc prawie o tym zapomniałam. No tak, tylko raz, więc się nie powtórzy. Możesz na nowo zapomnieć, uśmiechnęła się lekarka.
Choć klinika bardzo miła i przyjazna, to jednak nie obsługiwana przez naszego ubezpieczyciela, więc żeby uniknąć procedur rozliczeniowych udało mi się zlokalizować kolejną, bardzo dobrą przychodnię, bo gdy wszystkie domowe metody nie przynosiły skutku a ja zaczynałam czuć się nie lepiej a odczuwalnie gorzej, przyszedł i czas na mnie.
Po raz kolejny przewertowałam słownik, w poszukiwaniu nowych, tym razem moich dolegliwości.
Jedną z nich, o której nie zamierzałam mówić lekarzowi, ale która bardzo śmieszyła moje dzieci było to, że nie czułam smaku. Bawiło ich to na tyle, że Młodszy przy obiedzie wyciągnął z lodówki ostry sos chili, Starszy przyniósł sproszkowane chili – mamo, skoro nie czujesz smaku to zjedz i wypij to! Chłopcy, cieszę się, że dostarczyłam Wam takiej rozrywki :) po czym na stole wylądowały wszystkie przyprawy, które chłopcom wydawały się albo ostre albo niesmaczne.
Gdy w weekend Pan Mąż zapytał czy wybierzemy się na obiad do naszej ulubionej restauracji musiałam odmówić, bo dla mnie nie zrobi różnicy, czy zjem coś co smakuje czy nawet nie smakuje.
A ponieważ w tamtym momencie przypomniała mi się wybitnie zrobiona ryba, jedna z lepszych, które jadłam w życiu, więc gdyby miało mnie ominąć podobne smakowe doznanie, to nie dziękuję, innym razem.

W poczekalni w przychodni przyszła miła pielęgniarka, przedstawiła się i poprosiła mnie do pokoju, żeby zrobić pomiary. Pielęgniarka siedząca przy komputerze: Proszę stanąć na wagę.
Czy mam zdjąć buty i abayę?
Nie, można zostawić.
Ale wtedy będę cięższa.
Głupi żart, ale zrozumieją kobiety bez względu na szerokość geograficzną i kolor skóry. Wszystkie zaczęłyśmy się śmiać.
Pan doktor gdy później weszłam do gabinetu, powiedział: wygląda pani na chorą.
Podejrzewam, że mówi pan to wszystkim swoim pacjentom.
Pan doktor, najwyraźniej rozbawiony prosi – so, tell me your story.
Podróże kształcą, doświadczenie uczy, ale diagnozę musiałam zapamiętać, bo nowe słówko nie znajdowało się wśród tych, które przygotowałam przed wizytą.
Antybiotyk, dwa syropy, tabletki jedne, drugie. Może pani odebrać leki w aptece na dole i proszę przyjść za pięć dni. Jakaś recepta, czy coś? To już w aptece na dole. Ok...
Zjeżdżamy windą do apteki, nawet nie muszę dużo mówić, pan drukuje naklejki z moim nazwiskiem, dawkowaniem i innymi informacjami. 
Ta przychodnia od razu staje się naszą ulubioną.

Pan Mąż pyta – ale lekarz był kobietą?
Nie, mężczyzną.
Hmmm, dziwne.

Mnie samą, już coraz mniej rzeczy zaczyna tu dziwić. 


poniedziałek, 6 listopada 2017

Halloween

Listopad, liść opadł.
Dopiero widząc zdjęcia znajomych uświadamiam sobie, że teraz w Polsce zakładamy czapki, cieplejsze kurtki i spacerujemy, biegamy po kolorowych liściach, których coraz więcej pod nogami niż na drzewach. U nas też trochę liści spadło ale wciąż jest ciepło, ciepło, gorąco, choć poranki i wieczory wydają się chłodniejsze, przyjemniejsze. W piątek nawet zabrałam chłopców rano na dłuższy spacer i co prawda wrócili z niego mokrzy, ale nie z powodu upału, mokre ubrania to po prostu skutek uboczny zabawy przy zraszaczach trawnika w parku.
W trakcie spaceru wciąż jeszcze wspominali i przeżywali wtorkowy Halloween, ich pierwszy w życiu i raczej nie ostatni, bo już nie mogą doczekać się przyszłorocznego. Do naszej zabawy przyłączyło się chyba dwadzieścia albo nawet dwadzieścioro dzieci, więc bardzo pokaźną grupką ruszyliśmy na trick or treat. Chłopcy założyli kostiumy, które przywieźliśmy ze sobą z Polski, wymalowaliśmy twarze, a wszyscy nasi towarzysze też wykazali się sporą inwencją kostiumową. Sąsiedzi z Danii, Francji, Libanu i nie wiem skąd jeszcze, po drodze spotykaliśmy innych przebierańców, życząc sobie wzajemnie happy Halloween, wymienialiśmy się informacjami gdzie warto a gdzie nie ma sensu iść, było naprawdę miło, wesoło i kolorowo. Jedna z sąsiadek poradziła by wybrać się w część compoundu zamieszkiwaną głównie przez Amerykanów i tam można powiedzieć co drugi, trzeci dom był przygotowany na takich jak my. Ponieważ sama wcześniej zrobiłam obchód by zlokalizować udekorowane domy więc mniej więcej wiedzieliśmy gdzie się udać by dzieci nie spotkało rozczarowanie. W tej "amerykańskiej" części dzieci pukały nawet do drzwi domów, które nie miały dekoracji i okazywało się, że i tam czekały ich smakołyki. Chłopcy z każdego najmniejszego cukierka cieszyli się niezmiernie a ze swoich ulubionych słodyczy oczywiście jeszcze bardziej. Niektórzy z przyjmujących nas, mieli chyba równie dobrą zabawę.  Podobno kilka lat wcześniej halloweenowych dekoracji było znacznie więcej, ale dla nas to i tak było dużo. Koleżanka, która też przygotowała się na świętowanie przyznała, że nie spodziewała się aż tylu dzieci, których przewinęło się przez jej dom około 70, ostatecznie musiała nawet uruchomić tajny schowek ze słodyczami swojego męża. Za rok, przygotuję się jeszcze lepiej – powiedziała uznając tegoroczne świętowanie za duży sukces.



Przed pójściem spać Starszy przygotował sobie z zebranych słodycze, które chciał zabrać do szkoły i powiedział: było super. Szkoda, że nie możemy cofnąć czasu, wtedy przestawiłbym go tak, by jutro znów był Halloween.