Zdjęcia może nie zachwycają, nie oddadzą tego, co nas zachwyciło, w każdym razie wrzucam trochę ujęć z naszej przejażdżki po campusie.
niedziela, 9 kwietnia 2017
The Parade of Nations
Campus przy KAUST (King
Abdullah University of Science and Technology) zrobił na nas
ogromne wrażenie, gdy zostaliśmy tam zaproszeni po raz pierwszy.
Pan Mąż, który trochę świata już zwiedził, przyznał, że
czegoś takiego jeszcze na oczy nie widział. Małe miasteczko,
zaplanowane, zaprojektowane, stworzone jako - naszym zdaniem - bardzo
dobrze współgrająca ze sobą całość. Ulice, chodniki,
skrzyżowania, domy, skwery, palmy, rekreacja, nauka, jest nawet
kino... to wszystko razem sprawia wrażenie ładu i harmonii ale daje
się odczuć rozmach (nie przepych), z którym stworzono to – można
powiedzieć idealne - miasteczko. Bez przypadkowych zabudowań, wizji
kilku deweloperów, z których każdy postanowił upchać coś na
swoim kawałku ziemi, wzdłuż ulic identyczne, beżowe zabudowania –
które być może z czasem mogą się znudzić – ale ja osobiście
lubię taki spokój. Fajne to. Zapowiedziałam Panu Mężowi, że jak
zostanie jakimś profesorem to z miłą chęcią tam zamieszkam,
ooooo tak! :)
Na dodatek, na tym
terenie kobiety mogą prowadzić auto! Co prawda poszaleć się nie
da z powodu ograniczeń, których wszyscy starają się przestrzegać,
ale jakby gdyby któraś chciała, to można.
Choć oglądaliśmy
wszystko z zewnątrz, w trakcie powolnej przejażdżki autem, nie
mogliśmy wyjść z podziwu. Sam budynek Uniwersytetu czy Biblioteki
robi wrażenie, więc zgaduję, że i wewnątrz jest imponująco.
Gdybym lata temu
wiedziała, że można mieć takie marzenie, to marzyłabym o tym by
móc tu studiować, pracować, żyć.
Po raz drugi zostaliśmy
tam zaproszeni na wydarzenie pod nazwą Parade of Nations. Na
murawie dużego obiektu sportowego rozstawiono dookoła kilkadziesiąt
stolików, przeznaczonych na reprezentacje poszczególnych państw,
by jego przedstawiciele mogli zaprezentować swój kraj, jego kulturę
i specjały.
Ekipa z Polski, oprócz pięknych zdjęć uroczych
zakątków naszego kraju, przygotowała – bigos, kopytka, ogórki
kiszone, sernik, faworki. No, to jesteśmy „w domu”. Chłopcy
wciąż podchodzili do stolika podkradając kopytka, którymi ze
smakiem się zajadali, zresztą do teraz wciąż dopominają się bym
je przygotowała. Ja z kolei delektowałam się nie tylko smakiem
idealnie przyrządzonych ogórków kiszonych lecz z wielką,
nieukrywaną przyjemnością opijałam się tym co z ogórków
zostaje najlepsze ;-) zapisałam przepis, wskazówki i obiecałam
sobie, że na miarę tutejszych możliwości, w domu też przygotuję.
Mniam. Nie chcieliśmy przyjechać z pustymi rękami, lecz z racji
braku i umiejętności i piekarnika, nie dałam rady przygotować nic
polskiego (choć nawet gdybym umiała i miała piekarnik to nie wiem
co mogłoby to być), jedyne za co bez obaw mogłam się zabrać to
mój smak z dzieciństwa czyli czekoladowy blok. Przygotowując się
do wyjazdu, nie byłam w stanie wyobrazić sobie jak ta cała impreza
będzie wyglądać i przebiegać, więc okazało się, że zrobiłam
ciasta zdecydowanie za mało.
Rozeszło się zanim ktokolwiek się
obejrzał.
Ruszyliśmy z chłopcami
zwiedzać poszczególne, kolorowe, tętniące radością stoiska, w
powietrzu rozchodziły się zapachy przeróżnych przypraw, dań;
widać, że wszyscy naprawdę się przygotowali, przy niektórych
stolikach tłumy, przy innych kolejki, ludzie tak jak my wędrujący
od stolika do stolika. Super atmosfera, świetne wydarzenie. Ktoś
porównał ten spacer do małej podróży dookoła świata, tak
zdecydowanie trafne porównanie. Chłopcy podchodzili do degustacji z
bardzo dużym dystansem i niekoniecznie chcieli próbować
wszystkiego, chyba, że akurat trafiliśmy na angielskie babeczki,
belgijskie czekoladki, niemieckie precle czy drożdżowe bułeczki.
Ja poczułam się jak w kulinarnym raju, oczywiście dziś już nie
pamiętam z jakich krajów było to wszystko co zjadłam i wypiłam,
i nie wiem co smakowało mi najbardziej, wszystko było super.
Narodowe stroje, ciekawe ozdoby, biżuteria, nie obeszło się bez
tańców, muzyki, w powietrzu czuć było radość i dobrą zabawę.
A jako, że o kulinariach
była mowa, jakiś czas temu, w drodze do przychodni lekarskiej zatrzymaliśmy
się na taki oto widok, i nie tylko po to, żeby popatrzeć.
Co prawda Pan
Mąż transakcję skomentował – nie wiem, czy nie dałem się
naciągnąć; lecz nawet jeśli, to warto było trochę przepłacić,
bo tak, to był zdecydowanie jeden z lepszych arbuzów jakie w życiu
jadłam – smaczny, soczysty.
Młodszy, zaczął konsumpcję już w
aucie, a Starszy pomimo tego, że z owoców lubi tylko jabłka dał
się skusić i bez marudzenia zjadł w domu swoją porcję. Mniam
Może morze?
W tygodniu wolnym od
szkoły zdecydowanie odpadł koleżeński spacer do sklepu poza
compoundem, ja natomiast wybrałam się z chłopcami taksówką do
miasta :)
Pech chciał, że dzień
wcześniej skończyły mi się środki na koncie a w sklepie
skończyły się karty do mojej sieci, udało mi się jedynie zdobyć
10Riyalowe doładowanie. Wystarczy by zamówić taksówkę i dać znać
Panu Mężowi, gdzie będziemy. Nie wystarczy by uruchomić internet
i nawigację.
Nie znam adresu, nie mam
jak sprawdzić, mówię więc dyspozytorowi, że chcę jechać do
parku wodnego
W compoundzie?
Nie, poza compoundem.
Park wodny?
Tak.
Ale gdzie?
Nie znam adresu, w mieście, taki
duży niebieski budynek, z dużą zjeżdżalnią.
Ok, ok.
Podjeżdża taksówka:
Park
wodny.
Park
wodny? W compoundzie?
Nie, w mieście. Duży,
niebieski budynek, z dużą zjeżdżalnią.
Czuję brak zrozumienia i
narastającą barierę komunikacyjną, nie mam jak włączyć
nawigacji w telefonie ani sprawdzić adresu.
Kierowca gdzieś dzwoni.
Rozumiem tylko water park. Ten ktoś w słuchawce też nie
wie.
Kierowca dzwoni jeszcze
gdzieś. Znów rozumiem tylko water park. Zdaje się, że już
wie gdzie jechać.
Ja natomiast nie wiem,
nie wiem nawet czy jedziemy w dobrą stronę. Wydaje mi się, że jedziemy w stronę
morza, a zdaje mi się, że powinniśmy jechać zupełnie inną
drogą, w inną stronę, nie wiem gdzie jedziemy i nie wiem czy
jedziemy dobrze. To niedobrze. Po kilkunastu minutach kierowca skręca
w prawo, czyli oddalamy się od morza, ja w końcu zaczynam rozpoznawać
okolice. Jedziemy dobrze! Na szczęście w drogę powrotną zabiera
nas Pan Mąż w drodze z pracy.
Oczywiście naszym celem
nie był park wodny, tylko sąsiadujący z nim budynek, nadrobiliśmy to sobie
weekendowym wyjazdem na prywatną plażę, oddaloną grubo ponad pół godziny jazdy od compoundu.
Tankujemy do pełna. O taaaak, takie ceny paliwa skutecznie rekompensują koszty plażowania.
Tankujemy do pełna. O taaaak, takie ceny paliwa skutecznie rekompensują koszty plażowania.
Słońce i owiewający nas przyjemny wiatr tworzą niebezpieczny duet, którego skutki odczujemy z Panem Mężem jeszcze tego samego wieczora na naszych plecach. Tymczasem zaś, dzieci cieszą się piaskiem, muszelkami i wodą morską, która jest tak słona, że (za przeproszeniem) można się porzygać, ale kąpiel w niej jest tak przyjemna, że wychodzić się nie chce. Kilka nurów działa na nasze nosy lepiej niż tydzień inhalacji - dawno nie oddychało mi się tak dobrze.
Cieszę się, że tu jesteśmy.
sobota, 8 kwietnia 2017
Panom dziękujemy
Za nami maraton - kilka
dni wyjazdu służbowego Pana Męża z przerwą na weekend a
następnie cały kolejny tydzień w trybie: mama z dziećmi 24h/dobę,
czyli wiosenna przerwa w szkole. Niby nic wielkiego, nie takie rzeczy
się znosiło i dźwigało, lecz w tutejszych warunkach i przy
obowiązujących zasadach, nie mogę powiedzieć, że spłynęło to
po mnie jak po kaczce. Zdecydowanie i z całą pewnością mogę
stwierdzić iż czuję, że po prostu, zwyczajnie „padam na ryj”.
Brakuje mi koła ratunkowego - telefon do przyjaciela: może wpadniecie z dziećmi, może umówimy
się na mieście, możemy się wprosić... Ktoś kiedyś gdzieś napisał coś co
chyba można przetłumaczyć: „nigdy nie wiesz jak silny jesteś,
dopóki bycie silnym jest jedyną opcją jaką masz”, poprawiam
więc koronę i zapier*** dalej :-)
Jeszcze przed wyjazdem
Pana Męża, mieliśmy przyjemność/okazję uczestniczyć w
przyjęciu urodzinowym dwójki dzieci. Chłopcy nie mogli się
doczekać, ja z kolei byłam ciekawa jak tutaj obchodzi się
urodziny, poza tym liczyłam na towarzyską odmianę, możliwość
zobaczenia kawałka „normalnego” życia, jakie prowadzą
nie-expaci. Początkowo przyjęcie zaplanowano na czwartek, godzina
19.00. Myślę - trochę późno jak na dziecięce przyjęcie, ale
skoro czwartek to dzień roboczy, więc rozumiem. Z powodu choroby
jubilatów, przyjęcie przełożono jednak na piątek, miesiąc
później, i też godzina 19.00. Nie rozumiem, ale ok. Podobno
weekendowe (i nie tylko) życie towarzyskie, rodzinne, bardzo często
toczy się tu późnymi wieczorami – pikniki, galerie, place zabaw,
„kulkolandy” zaczynają tętnić życiem o takiej porze, o której
nasze dzieci jedzą kolację.
Chłopcy podekscytowani,
co pół godziny pytają kiedy wyjeżdżamy, ja na wypadek możliwości
zdjęcia mojego czarnego okrycia wierzchniego, wyjątkowo zakładam
pod spód coś, co nie jest dresem :)
Wchodzimy, w korytarzu za
drzwiami wieszaki na abaye, jakaś kobieta wskazuje: dzieci tutaj, a
mamy na dole. Okey... Pan Mąż widząc kobietę przed nami, która
zamierza zdjąć abayę mówi – chyba nie mogę tam wejść;
wycofuje się, żeby przez przypadek nie obrazić czyjejś żony a
przez to i czyjegoś męża. Pytam panią domu, czy mój mąż może
tu z nami być. Widzę delikatny brak zrozumienia, może się źle
wyraziłam, może to mój angielski. Mówię, że przywiózł nas Pan
Mąż, czy mam go wysłać do domu, i potem zadzwonić, żeby
przyjechał? Jasne, że tak.
Cieszę się, że nie kazałam mu zmieniać spodni, prasować koszuli :)
Cieszę się, że nie kazałam mu zmieniać spodni, prasować koszuli :)
Zostaję z chłopcami w
sali dla dzieci, później udaję się na dół, gdzie zostaję
przedstawiona wszystkim paniom – siostrom, teściowej, szwagierkom
i koleżankom. Na stole duży talerz z mini przekąskami, talerz z
arabskimi słodyczami, patera z arabskimi ciastkami, pudełko
czekoladek i trzy termosy – kawa i dwa rodzaje herbaty. Panie
nawijają po arabsku, ja zajmuję ręce kolejnym kubkiem kawy,
herbaty, kawy, może kawy?. Czuję się – jak to później Pan Mąż trafnie
określa – jak trzeźwy na weselu.
Chłopcy co kilka minut
przybiegają pytając kiedy będzie tort; nie wiem, nie znam
tutejszych tradycji, (to mamo zapytaj) zalecam cierpliwość i oczekiwanie.
Przygotowania do tortu zaczynają się około godziny dwudziestej
pierwszej, świeczki, odśpiewujemy happy birthday, jako jedna
z nielicznych kroję chłopcom po kawałku tortu, w tym samym czasie
panie wnoszą pudełka, napoje, większość dzieci zjada pizzę, nie
tort. Piszę do Pana Męża, żeby się zbierał i po nas przyjechał,
pani domu dziwi się, że tak wcześnie! wychodzimy. Godzina
dwudziesta druga. Chłopcy na odchodne dostają po małym upominku, zmęczeni zasypiają w aucie.
Ja czuję się umęczona a oni przeszczęśliwi, mamo przyjęcie było super!
Ja czuję się umęczona a oni przeszczęśliwi, mamo przyjęcie było super!
Tata wiele nie stracił,
aczkolwiek nawet gdyby chciał tam być, to by nie mógł. I nie tylko
tam.
Brama szkolna w Dzień Mamy.
piątek, 24 marca 2017
O wyjściu z klatki
Różne kobiety, z
którymi tu rozmawiałam, z różnych krajów, czy to z Australii,
Holandii czy Francji odczuwają ten sam brak co i ja. Brak swobody,
na którą możemy sobie pozwolić w naszych krajach, czyli, żeby
chociaż móc wsiąść do swojego auta - za kierownicę, ewentualnie
do autobusu, tramwaju, metra, jakiejkolwiek komunikacji miejskiej i
pojechać tam, gdzie chcemy jechać. Tak, właśnie tego, brakuje mi
najbardziej. Chociaż nasz compound jest duży, oferuje to, co
sprawia, że życie tutaj nie jest mocno uciążliwe, to jednak nie
da się uniknąć porównania do klatki, czasami śmieję się, że
czuję się jak więzień w bardzo wygodnej celi, której - tak
naprawdę - nie zamieniłabym teraz na nic innego.
Procedury i formalności,
przez które musieliśmy przejść by móc przylecieć do Pana Męża,
zajęły nam około trzy, nieskończenie długie miesiące. Z rozmów
z innymi kobietami wynika, że dokładnie tyle to trwa w większości
przypadków, chyba, że np.: każdy z małżonków jest innej
narodowości, na dodatek jedno z nich posiada paszport innego kraju
niż ten, w którym obecnie mieszka, a na dodatek wzięli ślub w
zupełnie innym kraju, na innym kontynencie. Dokumenty, pieczątki,
tłumaczenia, tłumaczenia tłumaczeń. Długa, stroma wspinaczka pod
górę, podczas której można stracić morze cierpliwości i wylać
stado łez, więc cieszę się, że nasza sytuacja była zwyczajna,
standardowa. Tak więc, niedawno, po licznych przepychankach
związanych ze swoją skomplikowaną papierologiczną sytuacją, do
kolegi Pana Męża dołączyła jego żona. Ponieważ nie jestem
wiele starsza od jej najstarszych dzieci, więc równie dobrze
mogłaby być koleżanką moich rodziców. Szybko ją polubiłam,
sympatyczna, asertywna, z głową tam gdzie powinna być głowa i z
takim podejściem do życia jakie lubię, więc nasza różnica wieku
zupełnie nie robi różnicy. Umówiłyśmy się na mały, babski
„wypad na miasto”.
Do tej pory, pomimo chęci, za mury naszego
compoundu samotnie wybrałam się tylko raz, nie dlatego, że nie
wolno, owszem można, ale zawsze raźniej jednak z kimś.
Nasza wyprawa to nie
duża, ekstremalna eskapada, tylko zwykła wycieczka pieszo do
pobliskiego sklepu, znajdującego się poza compoundem, niecały
kilometr od naszego domu. Wielkie mi co? Dla mnie to naprawdę było
coś :) Nasi mężowie oczywiście sugerowali, że przecież możemy
wziąć taksówkę, pojechać gdzieś dalej, bo przecież kierowca
nas zawiezie. Owszem mogłybyśmy, ale nie w tym rzecz, nie o to
chodzi. Stwarzamy sobie taką namiastkę swobody, niezależności, czegoś, co jest
tylko w naszych rękach, w naszych nogach, bez uzależnienia od
żadnego mężczyzny, chociażby od kierowcy taksówki. Minęłyśmy
budkę strażników, jesteśmy poza compoundem! Na twarzy poczułam
wiatr wolności. Ok, tak naprawdę, to nie był wiatr wolności, to
był zwykły chłodny wiatr, bo tego dnia nie było mocno gorąco, w
każdym razie poczułam: wow – zrobiłyśmy to :)
Sklep znajduje
się po drugiej stronie ulicy, za jakieś kilkaset metrów; niby
łatwizna a jednak „najciekawsza” część naszej wyprawy miała
się dopiero zacząć.
Ludzie tutaj spacerują rzadko, więc minęło nas pięć taksówek, które trąbiąc i zwalniając pytały czy nie potrzebujemy transportu. Ponieważ ludzie tutaj spacerują rzadko, więc żeby przejść na drugą stronę nie wystarczy dojść do przejścia dla pieszych, dlaczego? Bo nie ma. A przynajmniej nie ma na naszej ulicy, na sąsiedniej chyba też nie. Trzypasmówka z każdej
strony, o tej porze dnia niezbyt tłoczno, ale nie pusto. Auta (poza zwalniającymi obok nas
taksówkami) poruszają się szybko. Obserwujemy, czekamy na jakąś lukę: za tym białym! O
nie, ten czarny za nim jest za szybki. Czekamy. Teraz? Nie, jeszcze nie. O zaraz, teraz,
raz-dwa! Podciągamy abaye odsłaniając nogi poniżej kolan. Go!
Docieramy do pasa zieleni pośrodku ulicy, chwila oddechu, ruch z
drugiej strony jest większy, obserwujemy, czekamy. Powtórka z
rozrywki. Go! Docieramy do chodnika, jakiś mężczyzna śmieje się na nasz widok,
my śmiejemy się z siebie. Nie kupujemy dużo, bo przecież musimy
jeszcze z tymi torbami wrócić tak jak przyszłyśmy. Jest
śmiesznie, jest miło. Umawiamy się na taką samą wyprawę w
przyszłym tygodniu.
Następnego dnia wybieram
numer taxi w compoundzie. Do tej pory trafiałam na dwóch
dyspozytorów, jeden z nich, z którym rozmawiałam najczęściej, w
miarę rozumie to, co do niego mówię, natomiast ja nie do końca
łapię jego arabsko-angielski. Podaję dokąd chcę jechać, skąd
ma mnie zabrać, a on tę informację przekazuje kierowcy. Nigdy nie
wiem, czy to co powiedział zanim się rozłączyłam znaczyło, że
kierowca będzie za chwilę, za kilka a może za kilkanaście minut.
Czekam w cieniu, podjeżdża kierowca, pyta hospital? Ok,
wychodzi na to, że tym razem bawiliśmy się w głuchy telefon,
mówiłam przecież - medical laboratory. Mówię – Kind
Abdulaziz Road. Pokazuję mu adres na telefonie, powoli jadąc, z
zakłopotanym wyrazem twarzy, wgapia się w mój telefon – o
majgat! Dzwoni gdzieś. Zanim odezwie się jego rozmówca, pokazuję
mu trasę w google maps, z jeszcze większym zakłopotaniem patrzy, w
międzyczasie odzywa się głos w jego słuchawce, nawijają obaj,
potem nawija już tylko tamten, zaczynają jakby krzyczeć, w pewnym
momencie kierowca rzuca telefonem w podłogę, łapie mój, pyta:
madame, start? Uruchamiam nawigację.
W aucie robi się
śmiesznie, jadę z kierowcą z którym, poza prostymi komunikatami,
nie jestem w stanie się porozumieć, ja nie rozumiem po arabsku, on
nie rozumie po angielsku, tym bardziej nie rozumie też nawigacji
gadającej po polsku, dobrze że gadanie jest tylko dodatkiem do obrazu. Dojeżdżamy.
Na szczęście zrozumiał,
żeby na mnie poczekać.
Wracamy.
Wieczorem przeglądam papiery,
nawet jeśli w zamiarze miało znaczyć to coś zupełnie innego, to
daję się przekonać jednemu z rachunków, że wcale dużo nie
wydałam :)
czwartek, 9 marca 2017
Star of the week
W szkole co tydzień, w nagrodę za: A (naukę) + B (zachowanie) + C
= całokształt, jedno dziecko dostaje tytuł Star of the week. W
ubiegłym tygodniu Starszy został taką Gwiazdą :) jak się
okazało, tytuł zobowiązuje, bo i świętowanie tej nagrody trwa
przez cały tydzień.
Musieliśmy
przygotować tablicę ze zdjęciem dziecka, umieścić tam takie
informacje jak: jego ulubiony – kolor, przedmiot w szkole, zabawka,
jedzenie, najlepszy przyjaciel oraz dokończyć zdanie: gdy dorosnę,
to zostanę... na co Starszy z miejsca odpowiedział kotem. To
pozwala przypuszczać, że raczej nie ma dużego wyobrażenia na
temat dorosłości, i tego czym albo kim możemy się stać. Może to
i lepiej.
Jednego
dnia dziecko przynosi do szkoły coś swojego ulubionego do jedzenia,
mały poczęstunek, żeby podzielić się z innymi dziećmi,
kolejnego dnia jakieś kolorowanki, a na ostatni dzień swego
gwiazdorzenia, na godzinkę albo dwie, przychodzi do szkoły rodzic.
Czyli ja. I prowadzi zajęcia z całą klasą. O majgat!
Pani
Nauczycielka zdradziła mi, że niektórzy rodzice traktują to
wyróżnienie bardzo poważnie, niektórzy wręcz zabiegają o to.
Jedna z mam tak się przejęła pewnego tygodnia, że jej Gwiazda
codziennie albo przynosiła innym dzieciom jakieś małe prezenciki,
albo mama przygotowywała poczęstunek, graniczący raczej z ucztą.
Takie święto.
Dopiero
wtedy zrozumiałam. Naszego drugiego tygodnia w szkole Starszy wrócił
z torebką słodyczy, następnego z kolorowanką i farbkami,
kolejnego z dużym czerwonym długopisem z Zygzakiem McQueenem, a
ostatniego dnia z balonikiem i słodyczami. Zapytany odpowiadał, że
to wszystko od jednego chłopca, choć nie bardzo jeszcze wówczas
rozumiał (ani tym bardziej ja), po co, jak i dlaczego.
Na
to wspomnienie, tak sobie myślę, że podeszłam do tematu zbyt
nieprofesjonalnie ;-)
Bycie
nauczycielką przez kilka chwil jednego dnia, ostatecznie utwierdziło
mnie w pewności, że zawód nauczyciela to nie było dobre marzenie.
Ciężko jest chcieć być kimś w przyszłości albo wiedzieć kim
się chce zostać, mając zaledwie kilka lat. Może to i dobrze, że
na razie Starszy chce zostać kotem.
Pani
Nauczycielka poprosiła mnie tylko, żeby te zajęcia dla dzieci nie
były zbyt trudne, zbyt wyszukane, żeby nie musiały nic wycinać
ani malować farbami :D Just simple. Ok?
Nie
powiem, że podeszłam do tematu na luzie, bo tak nie było.
Stresowałam się wystąpieniem przed grupą dzieci, do których
miałam mówić w nieswoim języku ;-)
Wysiliłam
mózgownicę i sama, własnoręcznie przygotowałam proste rebusy :)
każde dziecko chciało rozwiązać. Sukces!
Wyszukałam
też szablony chłopca i dziewczynki, które rozdałam dzieciom i
każdy musiał namalować tam siebie, napisać swoje imię i coś
swojego ulubionego. Nastała cisza. Wszystkie dzieci pilnie zabrały
się do pracy a Pani Nauczycielka nie mogła przestać dziękować,
że wybrałam coś tak nieskomplikowanego. Potem (chciałam
powiedzieć - powiesiliśmy wszystkie dzieci, hehe, ale właśnie
zdałam sobie sprawę jak to zabrzmiało), powiesiliśmy prace
wszystkich dzieci na tablicy magnetycznej, próbując znaleźć
podobieństwa, wspólne ulubione rzeczy. W pewnym momencie zapanował
lekki chaos, część dzieci chciała coś domalować, poprawić,
zabrać do domu albo pobawić się swoją postacią z kimś innym.
Strzałem
w dziesiątkę okazała się zabawa, którą przedstawiliśmy jako
ulubiona niekomputerowa gra naszej Gwiazdy, czyli moje wspomnienie z
dzieciństwa – papier-kamień-nożyce :D Każdy chciał zagrać,
każdy chciał zagrać ze mną, i każdy kto ze mną wygrał ogromnie
się cieszył :)
Nie
trzeba było fajerwerków a ja odniosłam wrażenie, że dzieci
naprawdę dobrze się bawiły :) i ja trochę też, ale tego dnia
wyszłam ze szkoły zmęczona jak nigdy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


