sobota, 16 września 2017

Całkiem nowa szkoła

Nasze bardzo długie wakacje dobiegły końca, a wraz z nim nastał nowy rok szkolny. Dla nas to nowe, dodatkowe i ważne przeżycie, chłopcy idą do nowej szkoły, takiej prawdziwej, z tornistrami, „mundurkami”, gdzie przerwy pomiędzy zajęciami sygnalizowane są dzwonkiem. Przed ostatnim wakacyjnym zaśnięciem Młodszy zdecydowanie zakomunikował: wiesz mamo, ja się do tej nowej szkoły tak szybko nie przyzwyczaję. Westchnęłam. Cóż, tej nocy chyba wszyscy nie spaliśmy najlepiej, no może wszyscy z wyjątkiem kotki.
Jeszcze dzień wcześniej po śniadaniu pojechaliśmy do szkoły by zakupić dzieciom szkolny strój. Wszystkie dzieci noszą identyczne koszulki, spodnie, spodenki bądź spódnice i nakrycia głowy. Pomiędzy poszczególnymi grupami wiekowymi różnią się jedynie kolorem. Chłopcy w naszych klasach noszą białe koszulki z logo szkoły i granatowe spodenki oraz kapelusze.
Plan był prosty, jedziemy do szkoły, kupujemy stroje, po drodze zajeżdżamy z Panem Mężem do stomatologa, zrobimy zakupy i kończymy wakacje w jakiś miły i przyjemny sposób. Zatłoczony parking przed szkołą powinien dać nam choć odrobinę do myślenia, bo jak się okazało, nie tylko nasze dzieci nie miały jeszcze szkolnych strojów. Nasz plan zachwiał się w założeniach gdy weszliśmy do budynku, w którym odbywała się sprzedaż – kolejka na korytarzu mogła świadczyć tylko o jednym - nasze zakupy nie pójdą tak szybko jak się tego spodziewaliśmy. Kolejkowe numerki dochodzące do 100 skończyły się na kilkanaście osób przed nami. Stoimy. Dokładniej to stoję ja, a Pan Mąż udaje się na umówioną wizytę. Po kilkunastu minutach kolejka za nami jest niewiele krótsza od tej przed nami a ta za kolei posuwa się w bardzo, bardzo, bardzo powolnym tempie. Ostatecznie spędziliśmy tam nie chwilę a ponad trzy godziny i tym samym nie mieliśmy ochoty już na nic więcej. W drodze do domu, na przeciwko compoundu zatrzymaliśmy się tylko przed moją ulubioną kawiarnią, gdzie postanowiłam nagrodzić swoją kolejkową cierpliwość i wytrzymałość kawałkiem przepysznego sernika i kubkiem kawy arabskiej.
Następnego dnia rano wstałam po cichutku by nikogo nie budzić, na spokojnie się ogarnąć i przygotować chłopcom śniadanie, wpada zaspany Starszy do kuchni – mamo, mamo, gdzie są nasze nowe szkolne stroje?
Odstrojeni, podekscytowani wyjechaliśmy. Rozejrzałam się głupio po dzieciach zmierzających w stronę szkoły, wszystkie szły z plecakami. W sekretariacie szkoły, pani poinformowała nas wcześniej, że dzieci nic nie muszą przynosić, więc nic im nie zabrałam, poza prowiantem. Na szczęście plecaki tego dnia nie okazały się niezbędne. 
Młodszy ma swoją klasę w części zwanej Lower Primary, natomiast klasa Starszego mieści się w Upper Primary, zupełnie w innym budynku i innej części terenu szkoły. Chłopcy będą mieli czas by się za sobą stęsknić.
Pełna dobrych myśli i kilku obaw wróciłam po nich po 14stej. Ku mojemu zdziwieniu Młodszy wybiegł z klasy rozpromieniony, uśmiechnięty, z obrazkiem w ręku, który specjalnie dla mnie namalował, poszliśmy odebrać Starszego, który podobnie wydawał się być bardzo zadowolony. Opowiadaniom w drodze nie było końca. Doszliśmy do wniosku, że chyba im się w nowej szkole spodobało.
Cały tydzień przyniósł podobne przemyślenia, Młodszy nie smuci się przed wejściem do klasy, nie pyta czy mogę go odebrać wcześniej, nie odlicza natrętnie dni do weekendu, nie stoi machając aż zniknę mu z pola widzenia. Starszy wita się z kolegami i ustawia w rządku gdy zadzwoni dzwonek. Codziennie w drodze ze szkoły, jeden przez drugiego opowiadają mi wszystko co się działo, mówią o nowych kolegach, zabawach, zajęciach a bariera językowa zdaje się nie być przeszkodą nie do pokonania.
Choć zdarza się, że coś ich zmartwi, zasmuci, bo ktoś się z nich zaśmiał, powiedział coś czego nie zrozumieli bądź zrozumieli opacznie, to trzeciego dnia usłyszałam od Młodszego: wiesz mamo, ci chłopcy którzy się ze mnie wczoraj wyśmiewali zostali dziś moimi kolegami.
Widzisz, może oni wcale się nie wyśmiewali tylko bardzo chcieli się z tobą zakolegować.

sobota, 12 sierpnia 2017

Do zobaczenia

Nasze wakacje w Polsce dobiegły końca. Wypoczęci, wychłodzeni :) wracamy jak to mówią chłopcy - do siebie do Arabii. Do domu. 
Książki, które przyleciały ze mną, wrócą niedoczytane. Może i dodają intelektu moim walizkom, jednak intensywny plan towarzysko-rekreacyjno-wypoczynkowy nie pozwolił długo skupić się na lekturze. Co się odwlecze, to wiadomo :)
Walizki ciasno zapakowane, bo zakupy zrobiły swoje i wychodzi na to, że zabieram ze sobą więcej rzeczy niż przywiozłam, więc muszę pożyczyć jeszcze jedną walizkę. Nasz bagaż podręczny mieści się w moim jednym plecaku, wystarczy.
Podróżowanie samej z dziećmi nie jest dla mnie nowością; i choć z perspektywy czasu myślę o tym jeśli nie w kategoriach szaleństwa to jednak pewnego rodzaju głupoty, bo przecież zdarzyło mi się kiedyś z dwójką dużo mniejszych dzieci przemierzyć Polskę z północy na południe. O majgat! Natomiast wyprawa na taką skalę - do innego kraju, na inny kontynent, samolotem z przesiadką na inny samolot, te wszystkie kontrole, kolejki, ja sama kontra arabski urzędnik na lotnisku. Damy radę! Bo jak nie my, to kto?
Nie pamiętam jaki mamy limit wagowy bagażu, szczególnie, że każda z dużych walizek stawiana na wagę pokazuję liczbę zbliżającą się do trzydziestu. Jest ok. Z kartami pokładowymi udajemy się jeszcze na kawę i małe śniadanie, przed nami pierwszy krótki lot. Przed wyjściem z samolotu zamieniam kilka słów z obsługą, miły pan upewnia mnie do której bramki musimy się dalej udać, mamy godzinę trzydzieści do odlotu, niby dużo, a jednak trzeba przemierzyć - mam wrażenie - całe, duże lotnisko we Frankfurcie, długie korytarze, winda, znów korytarze i długa kolejka do kotroli paszportowej. Mamo, długo jeszcze musimy stać w tej kolejce? Mam nadzieję, że nie, odpowiadam nerwowo zerkając na zegarek. Kurczący się czas nie działa zbyt dobrze na mój spokój i opanowanie. Urzędnicy otwierający okienko obok sprawiają, że prawie wszyscy ludzie z naszej kolejki się tam przenoszą a my przeskakujemy wiele pól do przodu. Tik, tak, tik, tak...
Kolejny korytarz, schody, korytarz, boarding za siedem minut. Wchodzimy na pokład samolotu, i czuję, że jesteśmy już jedną nogą w domu. Chłopcy zajmują miejsca, sprawdzają repertuar filmów dostępnych na czas lotu, a w międzyczasie Starszy po angielsku dogaduje się z panią w temacie napojów a Młodszy pyta o toaletę. Niby nic wielkiego ale i tak uśmiecham się widząc zaradność dzieci.
Mamo, jesteśmy w Arabii! Wykrzykuje Starszy patrząc przez okno, pilot informuje, że za 40 minut lądujemy. Podobnie jak kobiety siedzące przed nami zakładam abayę. Zmianę klimatu odczuwamy zaraz po wyjściu z samolotu. Mamo, jak cieplutko, gorąco! Autobus przewozi nas do budynku, proszę chłopców o szybkie zajęcie miejsca w kolejce gdy dojedziemy na miejsce, na szczęście nie ma dużej kolejki a kontrole przebiegają całkiem sprawnie. Pan bez pośpiechu przeglada nasze dokumenty, uspokajam chłopców, którzy chyba na dobre mają już dosyć kolejnego czekania i kontroli, skanuję palec, pieczątki lądują w paszportach. You can go. Kolejny pan sprawdza, czy pieczątki są na miejscu. Welcome madam. Wychodzimy, ktoś pyta czy potrzebujemy taxi, ktoś inny oferuje wózek na bagaż. Pyta ile sztuk, mówię sześć, prosi o naklejki bagażowe. Madam, sit here, I will collect. Siadamy, chłopcy po raz kolejny pytają, kiedy w końcu stąd wyjdziemy. Jak tylko pan przyjdzie z bagażami. A gdzie on jest? Dopiero dociera do mnie, że nie znam człowieka, nie wiem jak wyglądał, nie wiem gdzie jest ani tym bardziej gdzie bagaże, nasze bagaże. Rozglądam się. Ktoś macha mi zza szyby a za chwilę przychodzi, i mówi, żeby jeszcze poczekać, bo bagaże są na innej taśmie niż być powinny. Chłopcy chcieliby już stąd wyjść, ja również. Mój operator wie, że wróciłam - welcome back home! a uśmiechnięty Pan Bagażowy podjeżdża ze wszystkimi naszymi rzeczami, które za chwilę wędrują przez ostatnią kontrolę, wszystko ok. Wychodzimy, chłopcy rzucający się z radością na szyję Pana Męża wywołują uśmiechy na twarzach kilku mężczyzn.
Jak się przy samochodzie okazuje, Pan Bagażowy oczekuje dodatkowego wynagrodzenia za extra service - samodzielne poszukiwanie i zebranie naszego bagażu z taśmy nie jest wliczone w cenę nadrukowaną na koszulce, Pan Mąż jest w dobrym humorze i nie kłóci się długo.
W aucie, chłopcy jeden przez drugiego opowiadają o naszych wakacyjnych wyjazdach, prezentach, nowych kolegach, fajnych zabawach. Wakacje w Polsce uznajemy za bardzo udane!

Tato, jak tu pięknie wysprzątałeś! :)

Piwko bezalkoholowe na powitanie, później Pan Mąż zabiera chłopców na basen, a ja biorę się za rozpakowywanie walizek. Kotka ociera się o mnie miaucząc.
Czuję zmęczenie i radość. Wszędzie dobrze, ale w domu, z rodziną najlepiej! 💗

środa, 5 lipca 2017

O przygodzie baby za kierownicą

Polska pogoda przywitała nas ciepło, lecz dość szybko, w ciągu kolejnych dni przyszło ochłodzenie, przeplatane lub z przewagą deszczu. Ci, którzy zaczęli wakacje, którzy właśnie spakowali się nad morze, raczej nie tryskali optymizmem, dla nas to taka miła, chłodna, orzeźwiająca odmiana. Spakowane w większości krótkie spodenki i rękawki poczekają, a tymczasem dzieciom radość sprawiają świnki w zagrodzie, młode jaskółki w gnieździe, pieski, kotki, skakanie po kałużach, kąpiele w błocie, czy cementowanie piachem, gliną, stosiku czerwonych cegieł przed domem, a deszcz kapiący na głowę nie przeszkadza nic a nic. A i ja, na tę pogodę złego słowa nie powiem, bo i po co.
Uświadomiłam sobie, że gdy jestem tam a kontakt z najbliższymi mam tylko wirtualny, odczuwam większą chęć i potrzebę by śledzić, obserwować, lajkować czy komentować; tutaj, gdy bliscy, przyjaciele, znajomi, są prawie na wyciągnięcie ręki a możliwość prawdziwego spotkania leży tylko w gestii chęci i organizacji, to ten świat wirtualny przestaje mieć duże znaczenie, a scrollowanie ekranu w dół nie sprawia przyjemności, a nawet męczy.
Pierwszy tydzień minął na zakupach i intensywnym nadrabianiu zaległości towarzyskich i kulinarnych, odwiedzamy nasze ulubione miejsca, ulubionych znajomych, rodzinkę. Niby minęło kilka miesięcy a miałam wrażenie, że ploteczki przy kawie z moją ulubioną Alicją są tylko kontynuacją tego, czego nie zdążyłyśmy opowiedzieć sobie wczoraj. Sentymentalna wyprawa w strony moich Dziadków, przywołała wspomnienia dziecięcych wakacji, które poruszyły pewne struny i przywołały szczęśliwe, zabawne, beztroskie wspomnienia. Ogłosiłam więc, że wyciągam wtyczkę od fejsa i nie ma mnie tam na czas wakacji, pora na "realnych" znajomych, prawdziwe spotkania, rozmowy na żywo, po czym wyruszyłam do najbliższych mi Przyjaciół. Pogadanki przy światłocieniach kominka do nocy... Przybywam!
Dzień, czy może dwa dni wcześniej zapaliła się rezerwa, myśl: zatankujemy po drodze. Deszcz, kolejka oczekujących aut przy stacji benzynowej sprawiły, że odjechałam (gdzie to paliwo po złotówce za litr?). Licznik oszacował remaining na 200 km, do przejechania mam mniej niż połowę tego, po drodze przecież będą jakieś stacje, a poza tym, przecież nie można się aż tak pomylić w obliczeniach. Świadoma i przeczuwająca tego, co ewentualnie może się przydarzyć nie wciskam maxa na drodze ekspresowej, pojedziemy ekonomicznie do najbliższej stacji, która wcześniej czy później się zdarzy, ale poczekamy na coś po mojej stronie, bo nie chce mi się kręcić. A powinno się chcieć, powinno się słuchać pierwszej myśli, która - zanim ją odgonimy - przeleci nam przez głowę. Nawigacja wskazuje, że mamy bliżej niż dalej, wleczemy się niestety wąską, krętą drogą, niedaleko nowo budowanej, za rok pojedziemy tu pełną parą. Starszy śpi, z Młodszym zadajemy sobie zagadki, gdy nagle czuję znajome szarpnięcie, gorąc opływa mi przez twarz a serce stuka mocniej; łapię głęboki oddech, zdejmuję nogę z gazu, niech mnie niesie, delikatnie wciskam gaz, ponowne szarpnięcie, pozwalam stoczyć się z górki by spróbować siłą rozpędu wtoczyć się na małą, kolejną, gdy ponowny gorąc uderza mi w twarz przy jednoczesnym mocnym stukocie w klatce piersiowej. Próbuję lekko dodać gazu, tyle tylko by wystarczyło się wdrapać, dotrzeć, doczłapać, natomiast pod kierownicą zapala się kilka dodatkowych kontrolek, ikonek, światełek. O majgat! Auto gaśnie. Awaryjne start. Kręcę kluczykiem, żeby tylko przejechać te kilka metrów na górkę pod którą utknęliśmy, skutecznie blokując ruch za nami. Nie odpala. Przekręcam jeszcze raz, nic. Sznur aut, wykorzystujący brak ruchu z naprzeciwka, omija nas.
Młodszy: co się stało? zabrakło nam paliwa? czy zostaniemy już tutaj na zawsze?
Spokojnie, damy radę. Przekręcam kluczyk, warkot, bez rezultatu. Deszcz kropi, auta nas omijają. Odkręcam szybę, może jak ktoś zobaczy babę za kierownicą to szybciej się zlituje. Dzwonię do Pana Męża, czy może przypadkiem znajduje się niedaleko nas, nie znajduje się, rozłączam się, bo coś trzeba jednak zdziałać, tylko co. Wdech, wydech, tłoczno się robi, śmiga czarna Kia z numerami NDZ, wskakuje dziarsko na górkę, która jest moim celem, wyskakuje kobieta, pyta czy pomóc. Myślę, kobieto z nieba mi spadłaś, mówię – jeśli ma Pani w aucie kogoś kto mógłby mnie popchnąć to bardzo chętnie. Nie mam – odpowiada. I macha do nadjeżdżających kierowców, jeden staje za mną, wrzucam na luz, pchają we dwójkę, ciężko idzie (mamo, szkoda, że nie popchnie nas ktoś z kaloryferem na brzuchu), kolejny kierowca parkuje obok czarnej Kii, potem jeszcze jeden, we czwórkę wtaczają nas na górkę. Dziękuję wszystkim. Uściskałabym tę kobietę, moją dzisiejszą bohaterkę, a ona mówi – nie ma sprawy, odjeżdża. Wszyscy, którzy nam pomogli odjeżdżają zanim się obejrzę. Czuję odpływającą już falę gorąca, staram się nie okazywać zdenerwowania, więc i dzieci z żartem przyjmują naszą obecną sytuację. Oddzwaniam do Pana Męża, może dotrzeć ale za jakieś dwie godziny, dzwonię do Przyjaciół, mogliby dotrzeć ale nie wcześniej niż za godzinę, lokalizuję się po nawigacji, żeby upewnić się gdzie tak naprawdę jestem, znajduję telefon do najbliższej stacji paliw, uprzejmy pan mówi, że chętnie by mi pomógł ale jest sam a zamknąć nie może, dzwonię do Taty czy nie ma w pobliżu kogoś znajomego (mamo, kto nas tu uratuje?), kto by nas uratował. Spokojnie, coś załatwię. Dopiero po czasie, gdy odsiecz w drodze, wpadam na pomysł, by zlokalizować najbliższą pomoc drogową. W stresie, człowiek nie myśli tak bardzo logicznie i sensownie jak powinien. Tata bohater, jak się później okazuje na granicy czasowej swoich planów, przybywa z pomocą, uff, uratowani.

Z opóźnieniem dojeżdżamy, kominek już się grzeje, niesamowita atmosfera tego miejsca sprawia, że wszyscy wrzucamy na luz.

Life is better with friends and hamak.



środa, 21 czerwca 2017

Wakacje

Spakowani.
Nie lubię się pakować. Znajoma powiedziała, zobaczysz jak wrócisz - rozpakowywanie jest jeszcze gorsze. Nie wiem co gorsze, faktem jest, że rozpakowywanie może poczekać, pakowanie nie może. 
Przed przylotem tu, ciężko mi było uwierzyć i wyobrazić sobie,  że ciepłe bluzy, kurtki, jeansy naprawdę się nie przydadzą i się nie przydały. Fakt, założyłam dżinsy na siebie raz czy dwa, ale tylko dlatego, że nie wypadało założyć dresów, więc niewykorzystywaną część garderoby zabieram z powrotem. Z przyjemnością wybiorę się na zakupy, bo teraz już wiem co naprawdę jest mi tu potrzebne. Taka oto weryfikacja. 
Śmiejemy się z koleżanką, że zaraz po przyjeździe pójdę na zakupy i będę nacieszać się przymierzalniami w sklepach, bo tu ich nie ma (zdarzają się ale bardzo, bardzo, bardzo sporadycznie), więc będzie czym zapełnić miejsce w walizkach. Gdy ostatnio jeden z serwisów straszył afrykańskimi temperaturami w Polsce w granicach 29 stopni, u nas termometry wskazywały 35 a może i więcej; spacer w takich warunkach do najprzyjemniejszych nie należy, a lato dopiero się zaczyna.
Miło będzie zobaczyć się z najbliższymi oraz z tymi, którzy stali mi się bliżsi przez te miesiące naszej emigracji. Duża odległość zbliża 😀Moja najukochańsza Przyjaciółka mówi - Jak zamieszkałaś tysiące km stąd to w końcu może się będziemy częściej widywać:)

"Wszystko się dzieje po coś". 
Jest super, dziękuję. 



sobota, 17 czerwca 2017

Zapasy na lato, czyli słówko o daktylach

Nasze wakacje w Polsce już bliżej niż dalej. Fajnie będzie stąd wyjechać, ale równie fajnie będzie tu po wakacjach wrócić. 

Dziś wybraliśmy się po zapasy przed wyjazdem, a przy okazji też i po nowe doświadczenie, do miejsca, które zapisuję w 'moich ulubionych' - Jeddah Dates Market
W moim życiu przed Arabią, daktyle towarzyszyły mi przede wszystkim jako wspomnienie wierszyka Pani Wawiłow z rysunkami Pana Lutczyna, z dziecięcej książeczki:
"Gdzie się podziały moje daktyle? 
Może je zjadły straszne goryle?
Z okropnym rykiem do domu wpadły,
moje daktyle bezczelnie zjadły! (...)" 
Nawet nie pamiętam kiedy wcześniej jadłam je po raz ostatni i ile razy w życiu jadłam daktyle. Gdyby nie wyjazd i moja ulubiona Aneczka, to prawdopodobnie do dziś bezczelnie i po kryjomu objadałabym się mmsami, śliwkami i wafelkami w czekoladzie albo czekoladkami, które najczęściej wieczorem lądują w okolicy naszego łóżka. O majgat! ;-) a na wspomnienie o daktylach, tylko zjeżyłaby mi sie palma na głowie. 
Dopiero tutaj dowiedziałam się, jak bardzo ograniczona jest moja wiedza i wyobrażenie na ten temat. Tutaj, nie wystarczy pójść do sklepu i poprosić o daktyle, bo daktyl, daktylowi nierówny; jest tu kilka-kilkanaście najbardziej popularnych odmian, lecz szacuje się, że na świecie jest ich ponad trzy tysiące. 
Wszystkich bardziej zainteresowanych zapraszam do bloga Aneczki, która bardziej niż ja zgłębiła temat - Daktyl niejedno ma imię

Natomiast teraz nie wyobrażam sobie, żeby w mojej piramidzie żywieniowej zabrakło tego "dobrodziejstwa". Dziś wybraliśmy się więc na ryneczek. Skupione w jednym miejscu, daktylowe zagłębie, kumulacja, sklepik obok sklepiku, z szyldami w języku arabskim, w powietrzu rozchodzące się zapachy kawy, daktyli, kardamonu. Gdyby nie marudzące dzieci, z chęcią przeszłabym się spokojnie, zajrzała do kilku sklepów i ucieszyła oko a tak skończyło się na jednym, bo - mamo, przecież już kupiłaś daktyle. Do drugiego sklepiku, pod którym zaparkowaliśmy wskoczyłam na szybko, gdy Pan Mąż zapinał chłopców w fotelikach. Wrócę tu po wakacjach i zrobię zapasy na kilka tygodni.

Oczywiście miałam przygotowaną listę z wyszczególnieniem kilku rodzajów, które na pewno chciałam kupić, i co z tego, skoro w sklepie nic nie było podpisane a wymawiane nazwy nie brzmiały tak, jak wydawało mi się, że powinny brzmieć. Młody Pan Sprzedawca słabo mówił po angielsku a my słabo rozumieliśmy po arabsku. Jakiś mężczyzna, być może Drugi Sprzedawca, stojący za Panem Mężem, opowiedział nam ładną, zrozumiałą angielszczyzną o kilku rodzajach daktyli, zapytał czy chcemy dla siebie czy na prezent, polecił nam trzy z nich, po czym zabrał swoje pudełko z daktylami, zapłacił i wyszedł. Między naszymi wyborami wszedł kolejny mężczyzna, suchając naszych pytań, zaczął odpowiadać, polecił nam ciasteczka, kawę, sprawił wrażenie Kompetentnego Sprzedawcy, zapytał skąd jesteśmy, później wręczył Panu Mężowi paczkę daktyli, mówiąc - to dla Ciebie, bardzo smaczne z migdałami w środku, w prezencie ode mnie. Zdziwiłam się, choć pomyślałam - miło, miło, taka obsługa klienta to ja rozumiem. Zanim wybrałam ostatni rodzaj daktyla, "Kompetentny Sprzedawca" zapłacił za swoje daktyle i za te sprezentowane Panu Mężowi, pożegnał się i wyszedł. Zostaliśmy w środku z kompletnym zaskoczeniem na twarzy. Tak, to było miłe. Dwoje ludzi, którzy tak jak my byli tu klientami, którzy równie dobrze w nosie mogliby mieć to, że nie wiemy co jest co, że nie rozumiemy tego co mówi do nas Pan Sprzedawca, okazali się być dla nas po prostu ludźmi. Może to aura wciąż trwającego Ramadanu, pełnego dobrych uczynków, a może po prostu trafiamy tu na dobrych ludzi.
A wieczorem wybraliśmy się na spacer, z widokiem na najwyższą fontannę świata - Fontannę Króla Fahda, który zakończyliśmy smaczną, rodzinną kolacją. 
Młodszy: mamo, możesz już się czegoś napić?
Tak.
Starszy: już nie ma słońca, to można
:-)

czwartek, 15 czerwca 2017

W trakcie Ramadanu

Ramadan trwa, a życie tu zwolniło, choć i tak nie jest aż tak źle, jak obawiałam się, że będzie.
Chłopcy mają zajęcia w szkole trochę później, więc rano śpimy do bólu; właściwie to nie śpimy długo ale dobrze by było. Nawet przy pobudce o siódmej trzydzieści, wylegujemy się jeszcze, bez wyrzutów sumienia i pośpiechu.
Mamo, położysz się ze mną jeszcze?
Tak.
A zrobisz mi kakao?
Tak.
A poleżysz ze mną jeszcze?
To najpierw kakao czy leżenie?
Najpierw leżenie, później kakao :)
I wtula się jeden tygrysek z jednej strony, drugi z drugiej, opowiadają o swoich snach albo po raz kolejny tłumaczą mi zasady jakiejś gry, albo leżymy nie mówiąc nic, czasem jeszcze Kićka wskoczy mi „na klatę” ale najczęściej tylko po to, by głośnym miauczeniem przypomnieć, że już najwyższa pora na śniadanie, a ja uśmiecham się, naprawdę spokojna i pełna dobrych myśli.

Moja bardzo ulubiona koleżanka Agnieszka, której pytania, odpowiedzi, przemyślenia zawsze trafiały we właściwe sedno, zapytała mnie ostatnio: Może potrzebowałaś tam pojechać, żeby się właśnie poczuć bezpiecznie? Bo tak właśnie „brzmisz”, jakbyś Ty osobiście zaczynała czuć się „życiowo” spokojnie i bezpiecznie. Dobrze to odbieram? Myślisz, że potrzebowałaś pojechać tak daleko po to, czy tam tak wygląda życie że takie poczucie bezpieczeństwa łatwiej osiągnąć?

I to jest zdecydowanie najtrafniejsze podsumowanie naszego pobytu tutaj.

*

Ramadan. Życie w mieście też ma teraz inne ramy czasowe, bo miasto zaczyna żyć dopiero wieczorem. Nie wszędzie zrobimy zakupy, nie kupimy raczej jedzenia w weekendowe przedpołudnie (chyba że jakąś mrożonkę w naszym sklepie albo pobliskim, które na szczęście funkcjonują w normalnych godzinach), a nawet jeśli kupimy, to na mieście nie zjemy, Pan Mąż jeździ na wizyty do stomatologa na dwudziestą drugą czasem dwudziestą trzecią, bo przed dwudziestą pierwszą nie otwierają. Ja do sklepu poza compoundem wybieram się z mniejszym strachem na ramieniu, bo choć samochody wciąż jeżdżą, to jednak natężenie ruchu jest dużo, dużo mniejsze, co daje sporą szansę na spokojne przejście przez jezdnię zamiast stresującego biegu.

Lecz nawet i tutaj może zdarzyć się tak, że nawet pomimo najszczerszych chęci nic nie idzie tak, jak iść powinno. Młodszy obudził się z wysoką temperaturą, a ponieważ Pan Mąż był już w pracy i nie miałam jak dostarczyć Starszego do szkoły, wszyscy zostaliśmy w domu. Podany ibuprofen zbyt szybko przestał działać i temperatura – wcześniej niż się spodziewałam – na nowo skoczyła; w międzyczasie konsultacja whatsapp czy można podać kolejną dawkę jeśli nie minęło jeszcze tyle czasu ile powinno, niby można (pilnując max dawki dobowej) ale lepiej podać paracetamol, którego nie mam, nie mam nawet blisko apteki. Zadzwoniłabym po taksówkę, ale nie mam nic na koncie. Piszę po whatsappie do znajomej, czy mogłaby zadzwonić do swojego znajomego taksówkarza i poprosić, żeby pojechał do apteki. Ona nie może rozmawiać, więc przesyła mi jego numer telefonu. Kur**. Zadzwoniłabym, ale przecież nie mam nic na koncie. Dobra znajoma, bardzo dobra, taksówkarz trąbi, ja wybiegam, na kartce piszę co ma kupić, wraca za około piętnaście minut, 20 Riyali za kurs. To bez znaczenia. W międzyczasie weterynarz potwierdza, że będzie o 4.30 i o tej godzinie pisze, że jest przy bramie wjazdowej do compoundu i żebym podała swój numer wewnętrzny, bo ochrona musi potwierdzić, że on jedzie tam gdzie mówi, że jedzie. Nie mam numeru wewnętrznego, bo nie mam telefonu stacjonarnego. Dzwoni. Mówię, żeby podał Pana Ochroniarza do swojego telefonu to ja z nim porozmawiam, ale Pan Ochroniarz odmawia takiej weryfikacji mam albo zadzwonić z wewnętrznego albo przyjechać. Piszę do Pana Męża, nic nie może teraz zrobić bo ma spotkanie. Nie mam jak oddzwonić do Pana Weterynarza, Pan Mąż zabrał kluczyki od drugiego auta więc nie mam nawet jak pojechać, zadzwoniłabym po taksówkę, żeby mnie pod bramę zawiozła ale nie mam jak. Wychodzę przed dom, ale jak nigdy nie ma w pobliżu żadnej taksówki, nie dojdę ani nie dobiegnę do bramy bo nie zostawię dzieci w domu, a nie wsadzę na rowery jednego chorego. Nie mam nawet jak oddzwonić, na szczęście Pan Weterynarz sam dzwoni, mówi, że nie będzie czekał, ja go przepraszam, umówimy się na jeszcze jeden termin w bardziej sprzyjających okolicznościach. (Ostatecznie umawiam się później, dzieci w szkole i całe szczęście, że nie musiały oglądać Kićki w trakcie zabiegu, który został przeprowadzony na stole w naszym salonie. Wszystko się dzieje po coś.)
Młodszy znów gorączkuje. Wraca Pan Mąż z pracy, jedziemy do przychodni. Niestety, otwierają ponownie dopiero o 20, jedziemy do kolejnej, otwierają ponownie dopiero o 22, nie szukamy dalej tylko o 20 wracamy do kliniki pierwszej, która okazuje się, być ponownie otwarta jednak o 20.30, co wcale nie oznacza że o tej godzinie pojawił się cały personel, przez ponad pół godziny jesteśmy sami w poczekalni. Do gabinetu lekarskiego wchodzimy o 21.20. O majgat!
Gabinet lekarski bardziej przypomina pokój dziecięcy, z kolorowym dywanikiem, namiotem, zabawkami, my siadamy na wygodnej kanapie w otoczeniu kolorowych poduszek i pluszaków a Młodszy przed badaniem dostaje w prezencie samochód. Proszę przyjść ponowie za dwa-trzy dni, tylko proszę umówić się przez moją asystentkę. Dzwonię następnego dnia, żeby się umówić.
Wizyta o godzinie jedenastej, ok?
Jedenastej rano?
Nie, wieczorem.
A nie można wcześniej?
Nie, nie ma wcześniej wolnego terminu. Doktor przyjmuje od dziewiątej.
Ok.
W trakcie Ramadanu nie tylko musimy liczyć się z porami modlitw, lecz upewnić się, że miejsce, do którego chcemy się wybrać, na pewno będzie otwarte.

Nie znam tutejszych tradycji ale wysyłam znajomym paniom życzenia z okazji Ramadanu, wiem, że dla nich to ważny czas, odnoszę wrażenie, że cieszą ich moje życzenia. Ramadan Kareem!
Pan Mąż przywozi świeżo usmażone „sambuski” (sambosas) ze stoiska wystawionego w tym miesiącu przy naszym sklepie. W świetle wszelkich fit-trendów nie jest to ani fit ani healthy ani low-fat czy cośtam-free, ale mi smakuje i to bardzo. Różne nadzienia, cztery smaki do wyboru – warzywa, ser, kurczak, wołowina, ciekawie i smakowicie doprawione, zawinięte w cienkie ciasto w kształt trójkątów i usmażone na głębokim oleju. Chrupiące, tłuste a przede wszystkim smaczne, postanawiam jutro pościć do zachodu słońca.

(stoisko jeszcze zamknięte)





niedziela, 4 czerwca 2017

Szkoła, wakacje i Ramadan

Parę tygodni temu dostaliśmy od szkoły maila, że w związku z pewnymi powodami związanymi ze zmianami w kalendarzu, zajęcia szkolne zakończą się wcześniej niż planowano. Nie wiem jakie zmiany nastąpiły, bo u mnie dzień i miesiąc ciągle był ten sam ale pomyślałam - czym jeszcze ten kraj mnie zaskoczy? I tym sposobem u nas już drugi tydzień wakacji, lecz chłopcy uczęszczają na letnie zajęcia organizowane przez szkołę.
Z dobrych wiadomości szkolnych, otrzymaliśmy już ostateczne i oficjalne potwierdzenie, że chłopcy zostali przyjęci do szkoły, którą wybraliśmy, i która spodobała się naszym dzieciom tak bardzo, że najchętniej poszliby tam już, od razu. Fakt przyjęcia ich do szkoły nie był wcale taką oczywistą oczywistością, bo żeby było tak jak się stało, trzeba było zdać egzamin. Tak, i to jeszcze trzy miesiące po naszym przyjeździe! Egzaminy chłopców odbyły się w odstępie miesiąca, pierwszy przystąpił Młodszy, a za każdym razem towarzyszyła mi Pani Nauczycielka, równie przejęta jak my. Gdy usłyszałyśmy, że egzamin potrwa około półtorej godziny, pomyślałam tylko – o majgat! Przyszła pani, każde dziecko dostało karteczkę z imieniem i nazwiskiem, dzieci ustawiły się w rzędzie i poszły. A nam pozostało czekać zastanawiając się, co oni z tymi dziećmi tam będą robić.
Gdy Starszy wyszedł ze swojego egzaminu, powiedział tylko – matematyka była łatwa i zrobiłem najszybciej ze wszystkich.
Szkoła jest duża, ładna i sprawia dobre wrażenie. Byliśmy zapoznać się też z dwiema innymi, ale to ta szkoła spodobała nam się najbardziej i po wyjściu z niej oboje wiedzieliśmy – tak, to jest to, chcemy, żeby nasze dzieci się tu uczyły. Dobrze wyposażone sale, pracownie, kompleks sportowy, szeroka gama zajęć dodatkowych, ładne place zabaw, stołówka. Czuliśmy się tam bardzo dobrze, i dawało się odczuć, że to jest szkoła dla dzieci.
Po wszystkim długo czekaliśmy na odpowiedź ale pomimo obaw, które mieliśmy na początku dziś możemy śmiało powiedzieć - warto było spróbować.

W ubiegłą sobotę rozpoczął się Ramadan – święty, dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. To czas postu, modlitwy, jałmużny. Post trwa każdego dnia od wschodu do zachodu słońca, np. dziś od 4:14 do 19:04. W tym czasie muzułmanie powstrzymują się m.in. od jedzenia, picia, palenia papierosów, nie można też plotkować i przeklinać i jeszcze czegoś na „p” - też nie można.
Pan Mąż stwierdził, że rzeczywiście, wszyscy w pracy są teraz zdecydowanie milsi i spokojniejsi.
Nas post nie obowiązuje, ale nie możemy nic jeść, pić, palić w miejscach publicznych, w pracy, więc Pan Mąż postanowił, że spróbuje rzucić palenie w trakcie Ramadanu, a my mu bardzo kibicujemy!
Znajoma mówi mi, że Ramadan jest ważnym okresem w życiu każdego muzułmanina. Może brzmi rygorystycznie ale w czasie postu i modlitwy każdy ma możliwość jeszcze bardziej wsłuchać się w siebie, popracować nad sobą, oczyścić zewnętrznie i wewnętrznie. Mówi: wiesz, niektórzy w tym czasie więcej śpią w dzień, żeby wytrzymać, ale to nie chodzi o to, żeby ten czas sobie ułatwiać. Owszem, czuję głód, pragnienie, ale dzięki temu mam możliwość zrozumieć ubogich, głodujących. To uczy szacunku.
Po zachodzie słońca wszyscy, najczęściej całymi rodzinami, w towarzystwie bliskich, znajomych, przyjaciół, sąsiadów zasiadają do uroczystej kolacji przerywającej post, czyli iftar.

Po południu Pan Mąż pojechał do pobliskiego sklepu, gdzie można zaopatrzyć się w tradycyjne świąteczne przysmaki, więc możemy powiedzieć, że nasz wczorajszy iftar wyglądał tak:


Na czas Ramadanu nasz compound został przyozdobiony tradycyjnymi dekoracjami





 A chłopcy w szkole przygotowali specjalne dekoracje