czwartek, 8 marca 2018

Sto dni


Gdy trochę miesięcy temu Pan Mąż kupował tu auto, okazało się, że jego właściciel był nauczycielem w szkole, do której teraz chodzą chłopcy. Uspokajał nasze ówczesne obawy, przekonując, że po trzech miesiącach chłopcy zaczną zawierać znajomości, mieć szkolnych przyjaciół, po pół roku będą już się komunikować, a po roku zaczną nawet poprawiać nasz angielski.
Dziś mogę śmiało powiedzieć, za jakimś starym dowcipem o bacy – prorok jaki czy co?
Czy to na placu zabaw, czy gdzieś na zajęciach, nie przychodzą już do nas z zapytaniem – a jak się mówi po angielsku...? Prosto, używając nieskomplikowanego zestawu słów i zwrotów ale po prostu - rozmawiają.
Niedawno Młodszy próbował wytłumaczyć mi różnicę w brzmieniu trzech głosek, które w moim wykonaniu wychodzą tak samo a on wymawia je z jakimś takim „frazesem” i jedno „u” czy „o” w zależności od słowa potrafi wypowiedzieć na różne sposoby, przy czym dla mnie jest to jak mission impossible, słyszę różnicę ale wypowiedzieć nie potrafię. Mamo, ale posłuchaj i teraz powtórz, przecież to proste. Taaa...
Po zimowej przerwie, można w sumie powiedzieć – po ciepłych feriach zimowych, mieliśmy spotkania podsumowujące z nauczycielami, drugie takie w tym roku szkolnym. Nie wiem jak wywiadówki wyglądają w polskich szkołach, nie wiem nawet jak wyglądały, gdy ja byłam uczennicą, lecz w naszej szkole takie spotkania, które nazywają się Teacher-Children-Parent Conference, trwają przez kilka dni. To trójstronne spotkania, trwające po 20 minut indywidualnie z każdym nauczycielem (w zależności od potrzeb), w których uczestniczy nauczyciel, dziecko i rodzic(e), w trakcie których rozmawiamy z dzieckiem, o dziecku i ono ma szczególnie ważny głos w tej rozmowie. Każde dziecko i jego rodzeństwo mają szereg spotkań z różnymi swoimi nauczycielami tego samego dnia, my mieliśmy ich w sumie pięć, trzy u Młodszego i dwa u Starszego.
Młodszy był mocno podekscytowany, cieszył się na myśl, że będzie mógł mi wszystko pokazać, opowiedzieć, zademonstrować, szczególnie, że jego spotkania zaczęliśmy od ulubionego „magicznego pokoju” z panią, z którą ma indywidualne zajęcia czytania i pisania. Z ogromną dumą pokazywał swoje rekordy w czytaniu, postępy w nauce pisania, ulubione gry i zabawy.
Nauczyciele wypowiadali się pozytywnie, pełni uznania dla obu chłopców, ich zapału, ciężkiej pracy i dużych postępów, jakie zrobili od początku roku szkolnego. Wciąż dużo pracy przed nami, ale z takim wsparciem, jakie otrzymujemy ze strony szkoły z pewnością jest łatwiej.
Nauczycielka klasy mówiła, że w porównaniu z początkiem roku, Młodszy teraz aktywnie uczestniczy w zabawach z innymi dziećmi oraz wypowiada się w trakcie zajęć. Opowiedziała jak kilka dni wcześniej, po dodatkowych zajęciach dołączył do klasy, w której akurat dzieci poznały historię psa o imieniu Charlie i wszedł do klasy w momencie gdy padło pytanie - kim jest Charlie? Nie sądziła, że zabierze głos, szczególnie, że nie słyszał tej opowieści od początku. Na co on, jak stał, tak całym zdaniem odpowiedział, że Charlie to chłopiec, który mieszka z rodzicami i dziadkiem i wygrał ostatni złoty bilet do fabryki czekolady. Nauczycielka była pod wrażeniem jego skojarzenia oraz tego, że pięknie opowiedział to pełnymi zdaniami. Akurat film o chłopcu, który wygrał złoty bilet do fabryki czekolady obejrzeliśmy kilka tygodni wcześniej, gdy Starszy przyniósł tę historię ze szkoły.
Cóż, wszystko się dzieje po coś.

W ubiegłym tygodniu Młodszy przyniósł ze szkoły pismo, że z okazji 100 dni w szkole odbędzie się w klasach Y2 parada, z prośbą by przebrać dzieci za kogoś, kto ma sto lat. Gdy mu to przeczytałam, początkowo się rozpłakał, mówiąc, że on nie chce siedzieć w szkole przez 100 dni, zresztą obaj chłopcy nie od razu chcieli uwierzyć, że już minęło sto dni ich nauki. Przecież sto to tak dużo, nie tak dużo jak ich ulubiony centylion, ale sto dni to naprawdę bardzo, bardzo, bardzo długo.
Młodszy stwierdził, że on nie chce być starym człowiekiem, zaproponowałam by przebrał się za coś co ma sto lat, na co Starszy z miejsca wymyślił, że żółw żyje 100 lat. Nie byłam pewna, czy o to chodziło inicjatorom, bo mieli się jednak przebrać za someone, a czy żółw to someone czy raczej something? Nie było innej opcji, sam ozdobił swoją skorupę i został żółwiem. Rodzice pozostałych dzieci wykazali się ogromną kreatywnością, dzieci zamieniły szkolne podwórko w tętniący życiem, radosny, kolorowy i bardzo uroczy dom starców. Nie byłam pewna, czy Młodszemu nie będzie jednak przykro, że jako jedyny będzie odstawał od formatu, ale on wydawał się być z tego powodu dumny, mówiąc jeszcze wieczorem przed pójściem spać – mamo, byłem jedynym żółwiem, wszyscy się tak staro poprzebierali, a tylko ja przebrałem się za żółwia. Żółwia, który na dodatek miał nie sto a pięćset lat.


Mamo, za ile dni polecimy do Polski?
Jeszcze jakieś 100 dni.
Naprawdę? Tak szybko? 
*
Mamo? Czy dziś zostały już tylko 99 dni do naszego wylotu?
Tak, a jutro będzie to już 98.

niedziela, 28 stycznia 2018

Przeprowadzka

Uwzględniając naszą średnią, to statystycznie rzecz ujmując, dawno się nie przeprowadzaliśmy ;-)
Nie to, żeby mocno nam zależało by od naszej średniej nie odstawać, tylko skoro nadarzyła się okazja i możliwość, to, z miłą chęcią z niej skorzystaliśmy. Nie była to odległa przeprowadzka, raptem z piętra naszego domu na jego parter, ale taka zmiana zdecydowanie wyszła nam na dobre. Choć, tak jak w przypadku wyjazdów z bardzo małymi dziećmi, bez względu na to czy jedziesz na dwa dni czy na tydzień i tak pakujesz tak samo dużo rzeczy, więc bez względu na to, czy przenosisz się z jednego piętra na drugie czy z jednego miasta do drugiego, to i tak trzeba wszystkie swoje rzeczy zabrać. Gromadzimy ich bardzo dużo, często potrzebnych tylko sporadycznie ale jednak są, ukryte w zakamarkach, szafkach, szafeczkach, szufladach. Już wiem czego sobie zażyczę na wszystkie najbliższe okazje – niczego! Zupełnie, całkowicie, absolutnie.

Ponieważ zależało nam na czasie a mieszkanie na dole nie wymagało mocnego remontu, więc Pan Mąż wynajął ekipę, która miała tylko odświeżyć ściany, oczyścić jedną łazienkę (która prawdopodobnie z powodu ostatniego bardzo ulewnego dnia prezentowała się obrzydliwie), przenieść i zainstalować nasze klimatyzatory oraz cięższe meble i sprzęty. No problem boss, we will do in two days, tomorrow 9 a.m.
Dwa dni w zupełności wystarczą, jeśli faktycznie zaczną od 9 rano. Przecież to - no problem. Ekipa jak obiecała tak się nie zjawiła, dopiero około południa zadzwonili, że już jadą, tylko kupują jeszcze farby i wszystko co będzie potrzebne, ostatecznie zjawili się przed czternastą, już później po południu mówiąc, że potrzebują jeszcze jednego dnia. Tomorrow 9 a.m. we start.
W ostatecznym rozrachunku, zajęło im to, zdaje się cztery, może pięć dni, każdego dnia zjawiali się nie wcześniej niż o dwunastej a efektywność ich pracy, chyba mogę podsumować cytując postać z ulubionej „kreskówki” Pana Męża – u siebie rób jak u siebie, a u obcego, na odpier*ol! O majgat!
Było, minęło. Plusem naszego nowego lokum jest to, że mamy ładnie zadbany, oświetlony, duży ogród z przodu i z tyłu, a to co nazywaliśmy ogrodem należącym do poprzedniego apartmentu można spokojnie nazwać przeddomowym trawnikiem.
Dzikie koty, które na nas zawsze czekały przy schodach i nachalnym, intensywnym miauczeniem prosiły o posiłek gdy tylko się pojawialiśmy, szybko zrozumiały gdzie mieszkamy teraz i okupują nie tylko nasze schody ale też i okna, a nawet potrafią wytarzać się bądź wylegiwać na świeżo wypranym. Natomiast rudy kot sąsiadów w szczególności upodobał sobie okno kuchenne, z którego chyba musiał być w przeszłości dokarmiany, bo gdy tylko się zjawiam w kuchni miauczy zza szyby niczym klient McD'da składający zamówienie w okienku. Jedno jest pewne, w przeciwieństwie do naszej kotki nie lubi tuńczyka 😉
 



Czujemy lepszą energię tego miejsca, choć w poprzednim nie było nam źle.

Z szacunkiem do wszystkich miejsc, ludzi, sytuacji, decyzji podjętych i zaniechanych, których wypadkowa sprawiła, że jesteśmy tutaj - dziękuję; z szacunkiem do wszystkich przodków, którzy z różnych powodów musieli się przenosić z miejsca na miejsce, zmieniać miejsca zamieszkania, być może zostawiając swoje domy, rzeczy za sobą w ucieczce... ja już nie muszę i nie chcę się przenosić, znalazłam swoje miejsce na ziemi, przynajmniej na najbliższych kilka lat. Wiem, wiem, nie od nas to zależy, ale jakby można było, to poproszę. 



A później? Kto to wie... ja chyba nawet nie chcę wiedzieć.

I'm so happy...

czwartek, 25 stycznia 2018

Święta, święta i po świętach!

Powiew arabskiej zimy przywitał nas po wyjściu z samolotu. Ponieważ był środek nocy, nie odczuliśmy podmuchu gorącego powietrza tylko całkiem przyjemne ciepło a chwilę później chłód w klimatyzowanym autobusie. Jeszcze tylko kontrola dokumentów, odbiór bagaży i jesteśmy jedną nogą w domu. Zawsze w tym momencie mam nadzieję, że nie będzie długiej kolejki, oczekiwania, no i uff, tym razem nie ma. Welcome in Saudi Arabia, słyszymy gdy w naszych paszportach lądują pieczątki, operator mojej sieci komórkowej też zawsze miło wita mnie po podróży.


Zanim bagaże z naszego lotu wjadą na taśmę, wysyłam Starszego po wózek, których kilka sztuk zauważam gdzieś pod ścianą. Synku, zarobiłeś właśnie kilka Riyali, które musielibyśmy zapłacić panu bagażowemu (których liczna grupa wypatruje pasażerów potrzebujących pomocy z transportem swojego bagażu, nachalnie wręcz oferując swoje usługi). Po kilkunastu minutach kompletujemy wszystko co nasze i ustawiamy się w kolejce do kontroli bagażowej. Pomimo tego, że w naszych walizkach wypchanych świątecznymi prezentami, polskim jedzeniem i wszystkimi zakupami, które zrobiliśmy nie ma nic czego wwieźć tutaj nie można, to jednak zawsze mam małego „stresa”, czy ktoś przypadkiem nie zechce czegoś sprawdzić, obejrzeć, dotknąć, bo otwieranie misternie, pod korek wręcz, zapakowanych, walizek i przedzieranie się przez swoje gacie, kosmetyki, tampony, książki, batoniki Teatralne, herbatki, płatki, kasze i całą masę innych rzeczy ciasno upchanych w bagażu nie jest tym o czym marzę po kilku godzinach lotów. I choć za każdym razem obiecuję sobie, że następnym razem nie będziemy zabierać z Polski aż tyle rzeczy, to zawsze jednak stojąc przy półkach w supermarkecie, z produktami, których mi tutaj brakuje, albo które zwyczajnie są dużo droższe, staram się jednak kupić taki zapas by wystarczył mi do najbliższego przylotu i by maksymalnie wykorzystać wolną przestrzeń w walizkach.
Po kontroli pakujemy wszystko na zdobyczny wózek; tuż za bramką, przebijamy się przez tłum mężczyzn oferujących taksówki. Pan Mąż rozpoczyna negocjacje z jednym z nich, zaznaczając kilka razy, że będziemy potrzebować dużego auta, które zmieści nas wszystkich, nasze wszystkie walizki i dwa foteliki. Duże auto, naprawdę duże auto. No problem boss, no problem.
To, co jest tutaj pewne to to, że hasło no problem, najczęściej nie oznacza, że można być zupełnie spokojnym, że nie ma się czym martwić i że to naprawdę żaden problem.
Pan Taksówkarz przejmuje nasz upchany wózek, Pan Mąż toczy jedną wielką walizkę, która się na niego nie zmieściła, słyszę jeszcze raz jak upewnia się, że auto naprawdę nas wszystkich pomieści, no problem boss, no problem. Przechodzimy przez parking, docieramy do auta wielkości popularnych tutaj taksówek, w stylu chyba sedan to się nazywa i naprawdę nie widzę opcji, żeby wszystkie nasze bagaże zmieściły się w tym samochodzie.
Nie? No to patrz!
Pan Taksówkarz odsuwa fotel pasażera, na którym upycha walizkę, kolejne wciska do bagażnika, odwijamy chłopców foteliki z folii, które w częściach upycha jeszcze i w bagażniku i z przodu, powtarzając niczym mantrę no problem, no problem, a cała nasza czwórka, chcąc nie chcąc, z moim plecakiem podręcznym musi się jeszcze pomieścić na tylnej kanapie. Komfort jazdy pozostawia wiele do życzenia ale już nie mamy ani siły ani ochoty na poszukiwanie innych rozwiązań. Chłopcy zasypiają w drodze.

Gdy dwa tygodnie później spotykam się z przyjaciółką i rozmawiamy o naszych wyjazdach świątecznych, przyznaję, ona zresztą też, że naprawdę sympatycznie i fajnie (tak, pamiętam, moja polonistka z podstawówki wbijała nam do głowy, że nie ma takiego określenia, że coś nie może być fajne) spędziliśmy czas, miło jest porozmawiać, poodwiedzać, spotkać się z najbliższymi, z rodziną, z przyjaciółmi, ale równie miło też jest tu wrócić, do siebie, swoich kątów, rzeczy, swobód, przyzwyczajeń.

Cieszę się na każdy wyjazd do Polski, ale cieszę się też za każdym razem gdy tu wracam. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Przychodzi baba do lekarza

Tutaj też się choruje. Odnoszę nawet wrażenie, że tutaj trwa to dłużej (przynajmniej w moim przypadku). Nie bez winy jest z pewnością ciągła zmiana temperatur otoczenia – upał, klimatyzacja, upał, klimatyzacja, plus jakieś wirusy, które otaczają nas dookoła.
Ostatnio Młodszy powiedział, wiesz mamo czego mi brakuje w Arabii? Czego kochanie? Lasów, bardzo mi brakuje lasów.
O tak! Lasy. Mi też ich tu bardzo brakuje. Każda chwila spędzona w leśnym mikroklimacie zawsze, bez wyjątku, miała bardzo dobry wpływ nie tylko na nasze samopoczucie ale też i na drogi oddechowe.

W pierwszej kolejności poszłam do lekarza z chłopcami, mój stan nie był na tyle nie do zniesienia, żeby zaprzątać głowę jakiemuś lekarzowi czy lekarce.
Kiedyś, lata temu, umówiłam się z moją ulubioną Ewunią w Warszawie, to było jeszcze przed posiadaniem google maps i nawigacji w telefonie, więc przed wyjazdem przestudiowałam plan stolicy, a Ewa bardzo dobrze mi wytłumaczyła, że tu trzeba skręcić w lewo, tam w prawo, potem w lewo, na rondo, i w lewo albo w prawo, co swoim zwyczajem i tak pomyliłam, ale dotarłam. Gdy później jechałyśmy już w aucie razem, mówię – prowadź. I słyszę – teraz skręć w tę stronę, w tamtą, w moją, w twoją. Mówię – ale przez telefon wiedziałaś, która jest prawa a która lewa.
Bo się przygotowałam.

Więc i ja się przed każdą wizytą przygotowuję. Wszystkie podstawowe objawy mam w miarę „obcykane” po angielsku, a nawet jeśli nie mam, to jestem w miarę prostym językiem wytłumaczyć co moim dzieciom dolega.
Gorzej gdy nie zrozumiem pytania, hahaha.
Otóż w pobliskiej przychodni, do której zabrałam chłopców, poza standardowym (przed każdą wizytą, w każdej przychodni, w której byliśmy) mierzeniem, ważeniem, sprawdzeniem temperatury, pielęgniarka zrobiła bardziej szczegółowy wywiad.
- delivery normal? Pytające spojrzenie - ale o co chodzi? Delivery normal or (i tu padło słowo klucz, które powinno naprowadzić mnie na sens pytania, gdybym je dobrze usłyszała i skojarzyła w danym kontekście)?
Ponieważ już wtedy byłam chora to oczywiście uznałam, że nie dosłyszałam a tak naprawdę to pewnie nie zrozumiałam pytania. Cokolwiek to miało znaczyć palnęłam normal, bo do tej pory słowo „delivery” kojarzyło mi się z pocztą polską, dhlem i całą masą innych środków transportu, bądź łańcuchem logistycznym, a okazało się, że może także chodzić o poród.
Dopiero gdy pielęgniarka uzupełniała kartę Młodszego, coś zakliknęło i zrozumiałam swoją głupotę. Sprostowałam, pani pokreśliła w obu kartach, choć oczywiście nie miało to znaczenia dla aktualnego stanu zdrowia chłopców. Choć później pani doktor zapytała co było powodem tego, że miałam cięcie cesarskie, czyli caesarian.
Czy któryś z chłopców przebywał w szpitalu albo miał operację?
Starszy, jak był młodszy, miał jeden zabieg. I bądź tu mądry jaki. Pokazałam gdzie, jaka blizna została. Pani doktor pyta – cośtam czy cośtamcośtam? Poddaję się, wyciągam telefon, google, słownik. Pokazuję jej na wyświetlaczu i mówię, wtedy powiedziano mi, że to ma się tylko raz, więc prawie o tym zapomniałam. No tak, tylko raz, więc się nie powtórzy. Możesz na nowo zapomnieć, uśmiechnęła się lekarka.
Choć klinika bardzo miła i przyjazna, to jednak nie obsługiwana przez naszego ubezpieczyciela, więc żeby uniknąć procedur rozliczeniowych udało mi się zlokalizować kolejną, bardzo dobrą przychodnię, bo gdy wszystkie domowe metody nie przynosiły skutku a ja zaczynałam czuć się nie lepiej a odczuwalnie gorzej, przyszedł i czas na mnie.
Po raz kolejny przewertowałam słownik, w poszukiwaniu nowych, tym razem moich dolegliwości.
Jedną z nich, o której nie zamierzałam mówić lekarzowi, ale która bardzo śmieszyła moje dzieci było to, że nie czułam smaku. Bawiło ich to na tyle, że Młodszy przy obiedzie wyciągnął z lodówki ostry sos chili, Starszy przyniósł sproszkowane chili – mamo, skoro nie czujesz smaku to zjedz i wypij to! Chłopcy, cieszę się, że dostarczyłam Wam takiej rozrywki :) po czym na stole wylądowały wszystkie przyprawy, które chłopcom wydawały się albo ostre albo niesmaczne.
Gdy w weekend Pan Mąż zapytał czy wybierzemy się na obiad do naszej ulubionej restauracji musiałam odmówić, bo dla mnie nie zrobi różnicy, czy zjem coś co smakuje czy nawet nie smakuje.
A ponieważ w tamtym momencie przypomniała mi się wybitnie zrobiona ryba, jedna z lepszych, które jadłam w życiu, więc gdyby miało mnie ominąć podobne smakowe doznanie, to nie dziękuję, innym razem.

W poczekalni w przychodni przyszła miła pielęgniarka, przedstawiła się i poprosiła mnie do pokoju, żeby zrobić pomiary. Pielęgniarka siedząca przy komputerze: Proszę stanąć na wagę.
Czy mam zdjąć buty i abayę?
Nie, można zostawić.
Ale wtedy będę cięższa.
Głupi żart, ale zrozumieją kobiety bez względu na szerokość geograficzną i kolor skóry. Wszystkie zaczęłyśmy się śmiać.
Pan doktor gdy później weszłam do gabinetu, powiedział: wygląda pani na chorą.
Podejrzewam, że mówi pan to wszystkim swoim pacjentom.
Pan doktor, najwyraźniej rozbawiony prosi – so, tell me your story.
Podróże kształcą, doświadczenie uczy, ale diagnozę musiałam zapamiętać, bo nowe słówko nie znajdowało się wśród tych, które przygotowałam przed wizytą.
Antybiotyk, dwa syropy, tabletki jedne, drugie. Może pani odebrać leki w aptece na dole i proszę przyjść za pięć dni. Jakaś recepta, czy coś? To już w aptece na dole. Ok...
Zjeżdżamy windą do apteki, nawet nie muszę dużo mówić, pan drukuje naklejki z moim nazwiskiem, dawkowaniem i innymi informacjami. 
Ta przychodnia od razu staje się naszą ulubioną.

Pan Mąż pyta – ale lekarz był kobietą?
Nie, mężczyzną.
Hmmm, dziwne.

Mnie samą, już coraz mniej rzeczy zaczyna tu dziwić. 


poniedziałek, 6 listopada 2017

Halloween

Listopad, liść opadł.
Dopiero widząc zdjęcia znajomych uświadamiam sobie, że teraz w Polsce zakładamy czapki, cieplejsze kurtki i spacerujemy, biegamy po kolorowych liściach, których coraz więcej pod nogami niż na drzewach. U nas też trochę liści spadło ale wciąż jest ciepło, ciepło, gorąco, choć poranki i wieczory wydają się chłodniejsze, przyjemniejsze. W piątek nawet zabrałam chłopców rano na dłuższy spacer i co prawda wrócili z niego mokrzy, ale nie z powodu upału, mokre ubrania to po prostu skutek uboczny zabawy przy zraszaczach trawnika w parku.
W trakcie spaceru wciąż jeszcze wspominali i przeżywali wtorkowy Halloween, ich pierwszy w życiu i raczej nie ostatni, bo już nie mogą doczekać się przyszłorocznego. Do naszej zabawy przyłączyło się chyba dwadzieścia albo nawet dwadzieścioro dzieci, więc bardzo pokaźną grupką ruszyliśmy na trick or treat. Chłopcy założyli kostiumy, które przywieźliśmy ze sobą z Polski, wymalowaliśmy twarze, a wszyscy nasi towarzysze też wykazali się sporą inwencją kostiumową. Sąsiedzi z Danii, Francji, Libanu i nie wiem skąd jeszcze, po drodze spotykaliśmy innych przebierańców, życząc sobie wzajemnie happy Halloween, wymienialiśmy się informacjami gdzie warto a gdzie nie ma sensu iść, było naprawdę miło, wesoło i kolorowo. Jedna z sąsiadek poradziła by wybrać się w część compoundu zamieszkiwaną głównie przez Amerykanów i tam można powiedzieć co drugi, trzeci dom był przygotowany na takich jak my. Ponieważ sama wcześniej zrobiłam obchód by zlokalizować udekorowane domy więc mniej więcej wiedzieliśmy gdzie się udać by dzieci nie spotkało rozczarowanie. W tej "amerykańskiej" części dzieci pukały nawet do drzwi domów, które nie miały dekoracji i okazywało się, że i tam czekały ich smakołyki. Chłopcy z każdego najmniejszego cukierka cieszyli się niezmiernie a ze swoich ulubionych słodyczy oczywiście jeszcze bardziej. Niektórzy z przyjmujących nas, mieli chyba równie dobrą zabawę.  Podobno kilka lat wcześniej halloweenowych dekoracji było znacznie więcej, ale dla nas to i tak było dużo. Koleżanka, która też przygotowała się na świętowanie przyznała, że nie spodziewała się aż tylu dzieci, których przewinęło się przez jej dom około 70, ostatecznie musiała nawet uruchomić tajny schowek ze słodyczami swojego męża. Za rok, przygotuję się jeszcze lepiej – powiedziała uznając tegoroczne świętowanie za duży sukces.



Przed pójściem spać Starszy przygotował sobie z zebranych słodycze, które chciał zabrać do szkoły i powiedział: było super. Szkoda, że nie możemy cofnąć czasu, wtedy przestawiłbym go tak, by jutro znów był Halloween. 

wtorek, 17 października 2017

Kulinarnie

Jestem z siebie tak dumna, że postanowiłam o tym napisać, a co!
Jakiś czas temu Pan Mąż obchodził urodziny i z tej okazji zaprosił kilku znajomych. Stanęłam przed nie lada wyzwaniem, czyli przygotowaniem czegoś do jedzenia. Oczywiście kuchnia nie jest moją mocną stroną i w te klocki powiedzmy sobie wybitnie dobra to ja nie jestem, owszem to co zrobię mi smakuje (bo jak mogłoby mi nie smakować), smakuje moim dzieciom bo są do tego przyzwyczajone, ale osobom, które są szefami kuchni, smakoszami związanymi zawodowo z gastronomią wcale smakować nie musi. Plus w gronie gości jeden wegetarianin, jeden alergik, jeden mocno wybredny.
Pan Mąż był tydzień wcześniej w Polsce więc dostaliśmy wsparcie od moich ulubionych Rodziców ;) wsparcie tak smaczne, że aż szkoda było wystawiać na stół. Kanapki, które przygotowywałam chłopcom znikały w oka mgnieniu i prosiły się o dokładkę, a ze szkoły wracali z komentarzem: mamo, te kabanosy są o wiele lepsze niż marchewka. Kotka również nie przechodziła obojętnie obok  pachnących rarytasów z Polski, testując na mnie swoje wymowne spojrzenie.

Przypomniały mi się czasy, gdy nadchodziły imieniny u Rodziców, noże, garnki, blaszki, brytfanki szły w kuchni pełną parą od samego rana jak i kilka dni wcześniej. Więc i ja weszłam „w te same buty”, od rana, jeszcze w piżamie wylądowałam przy kuchni, przy garach.
Na pomoc przyszła nieoceniona moja ulubiona Aneczka, która zainspirowała mnie kilkoma propozycjami, efektem tego – zrobiłam wyśmienite kotleciki wegetariańskie w trzech smakach oraz upiekłam bułeczki.
Wiem, że fakt upieczenia bułeczek to nie jest jakiś mega wyczyn, który należy z miejsca rozgłaszać, ale dla mnie taki był, chociażby dlatego, że po raz pierwszy (po kilku miesiącach posiadania), użyłam swojego piekarnika w tym celu do jakiego służy, czyli do – pieczenia. I tym właśnie będę się chwalić. 😋

Koleżanka śmiała się ze mnie, że upiekłam coś takiego a ulubione babeczki chłopców kupuję w markecie, więc obiecałam sobie, że i babeczki także zacznę piec.
Moje wypieki rozeszły się prawie jak świeże bułeczki, więc zachęcona tym sukcesem postanowiłam w sobotę wyrobić jeszcze jedną porcję ciasta, żeby było na kanapki do szkoły. Gdy następnego dnia wrócili po lekcjach do domu a Starszy powiedział, mamo bardzo pyszne były dzisiaj te bułeczki, to uśmiech automatycznie pojawił mi się na twarzy wraz z postanowieniem, że takie śniadanie stanie się raczej standardem niż specjalną okazją. Za sugestią mojej inspiratorki doczytałam w internetach i dowiedziałam się, że można mrozić surowe drożdżowe ciasto (eureka!), więc mam obecnie w zamrażarce poporcjowane, mrożone kulki, z których co wieczór wypiekam mini bułeczki, które na rano są jak znalazł. Przy tej okazji zaczęłam też korzystać z mojego robota kuchennego, który jak się okazuje wyrabia ciasto o wiele lepiej niż ja, nie przeszkadza mu to, że się klei, że trzeba się namęczyć i nie dosypuje mąki bo ciasto za wolne. A i ja sobie rączek nie ubrudzę. 

Zachęcona takimi doświadczeniami, przedwczoraj zrobiłam domowy hummus. Różni się w smaku i konsystencji od naszego ulubionego do tej pory, kupowanego w supermarkecie ale mi smakuje i to najważniejsze, więc ciecierzyca zagościła na stałe na liście zakupowej.
A gdy wczoraj Pan Mąż spojrzał na szafkę, śmiejąc się zapytał:
- A co ty robisz, ogórki kiszone?
- Tak.
- Ale ja serio pytam.
- Serio, ogórki kiszone robię.
- Tak żartowałem.
- A ja nie.


Wszystko się dzieje po coś, nawet jeśli tylko po to, by odczarować sobie trochę kuchnię i sprawić przyjemność sobie i najbliższym, to warto!  

poniedziałek, 9 października 2017

O tym jak stałam się użytkowniczką pewnej aplikacji

Chodzi mianowicie o popularną aplikację do zamawiania taksówek. Najczęściej rano, do szkoły zawozi nas Pan Mąż, ponieważ nie wyrobi się w czasie by chłopców zaprowadzić i jeszcze zdążyć do pracy, więc rano jedziemy wszyscy. Ja z dziećmi wysiadam na parkingu przy szkole, odprowadzam chłopców do ich budynków po czym wracam do compoundu. Jak? No i właśnie tu przydaje się firma taksówkowa. 
Mogłabym: a) zadzwonić do compoundu po samochód, który zabrałby mnie prosto pod dom, b) machnąć ręką na każdy przejeżdżający i trąbiący na mnie biały samochód, który z dużym prawdopodobieństwem okaże się taksówką lub c) uruchomić aplikację w telefonie i wyszukać w pobliżu dostępne auto, które dowiezie mnie tam gdzie chcę dojechać.
Analiza doświadczenia zdobytego w trakcie ostatnich tygodni pozwoliła mi dojść do wniosku, że najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem, z najlepszym wskaźnikiem stosunek jakość-cena wypada opcja trzecia. Ze względu na to, że teren compoundu obsługuje jedna firma, obcy taksówkarze niechętnie są wpuszczani poza bramę, dla mnie ok jest wysiąść przed bramą wejściową, skąd w ciągu maksymalnie 8 minut pieszo dojdę do domu. W porównaniu z compoundową taksówką, za kurs w jedną stronę mam w kieszeni około 10 Riyali, więc za tyle spokojnie mogę się przespacerować ;) bo mieć 10 a nie mieć, to już jest 20, natomiast dyskomfort z powodu nie podjechania pod dom jest naprawdę znośny, a ja mam za sobą lekką rozgrzewkę ;-)
Gdy raz zdecydowałam się na podróż przejeżdżającą akurat obok, trąbiącą na mnie taksówką, kierowca mam wrażenie przewiózł mnie jedną z bardziej okrężnych dróg jakie mógł wybrać, i porównując z taksówką z aplikacji dopłaciłam nie mniej niż 20 Riyali, więc pomimo tego, że kierowca podwiózł mnie pod dom, to jednak był pierwszy i raczej ostatni raz.
Z duszą na ramieniu, użyłam aplikacji po raz pierwszy i ku mojemu zaskoczeniu od pierwszego użycia stałam się jej fanką. Ktokolwiek to wymyślił, świetnie sobie to wszystko, moim zdaniem, poukładał.
Wybieram miejsce docelowe, system wyszukuje przejazd, podaje markę, numer rejestracyjny pojazdu, imię i zdjęcie kierowcy oraz szacowany czas przyjazdu. Dodatkowo, mogę jeszcze sobie na bieżąco śledzić trasę jaką kierowca ma do pokonania zanim mnie odbierze. Na początku, dopóki nie „ogarnęłam” tematu, czułam się głupio stercząc i gapiąc się w telefon, wytężając wzrok na numery rejestracyjne każdego zwalniającego przy mnie auta. Raz okazało się, że czekałam na kierowcę, który krążył po parkingu przed szkołą, kilkadziesiąt metrów ode mnie, po tym właśnie nauczyłam się odczytywać położenie auta w stosunku do mojego miejsca na mapie .
Wsiadam, kierowca czasem pyta czy ja to ja, czasem tylko odpowiada dzień dobry a ja nie muszę nic mówić, bo już na swoim telefonie ma oznaczenie lokalizacji do której ma mnie zabrać i trasę do pokonania, którą gdy startujemy mogę komuś martwiącemu się o białą kobietę w aucie z obcym kierowcą szybko udostępnić.
Po każdym przejeździe mogę ocenić kierowcę, i jak się ostatnio dowiedziałam ja też jestem oceniana :) przed wyjściem z taksówki, jeden kierowca powiedział – I give you 5 stars! Obiecałam odwdzięczyć się tym samym, po czym okazało się, że od wszystkich do tej pory dostałam max gwiazdek. Naprawdę mnie to rozbawiło.
Gdy przed jednym z pierwszych kursów, jako miejsce docelowe użyłam nie nazwy konkretnej bramy wjazdowej tylko nazwy compoundu, system sam wybrał za mnie miejsce docelowe. Kierowca zapytał mnie o ulicę rzucając „Prince (cośtamcośtam)”? Ja głupio przytaknęłam, potwierdziłam, zupełnie nieświadoma, że nasz compound jest otoczony trzema ulicami z księciem w nazwie, więc zostałam wysadzoną przed bramą, co prawda najbliższą naszego domu, ale taką przez którą akurat nie ma przejścia dla pieszych, choćbym się nie wiem jak do strażnika uśmiechała i prosiła o ten jeden jedyny wyjątek. Za nieznajomość lokalnego języka i topografii wokół miejsca zamieszkania, gapowe się płaci. Sześć minut pieszo dookoła compoundu, osiem minut z bramy do domu, i tylko 6 Riyali w kieszeni ;-)
Wczoraj trafiłam na kierowcę, który powiedział, że w ciągu ostatniego tygodnia jestem jego piątym pasażerem z Polski, więc chyba jest tu dużo Polaków. Gdy rozmawialiśmy na temat kultury jazdy, i zapytałam o jego zdanie na gorący ostatnio temat królewskiego dekretu, na mocy którego kobiety w Arabii będą mogły niedługo prowadzić auto powiedział, że dla niego to jest super wiadomość. Są ludzie, którym to się nie podoba, są zwolennicy, ale to jednak jest duży krok naprzód.

Ja nie wiem czy będę dość odważna by prowadzić auto w mieście, myślę, że zacznę od weekendowych, porannych wyjazdów do sklepu, gdy ruch jest niewielki. A z czasem? Kto wie :)