sobota, 8 kwietnia 2017

Panom dziękujemy

Za nami maraton - kilka dni wyjazdu służbowego Pana Męża z przerwą na weekend a następnie cały kolejny tydzień w trybie: mama z dziećmi 24h/dobę, czyli wiosenna przerwa w szkole. Niby nic wielkiego, nie takie rzeczy się znosiło i dźwigało, lecz w tutejszych warunkach i przy obowiązujących zasadach, nie mogę powiedzieć, że spłynęło to po mnie jak po kaczce. Zdecydowanie i z całą pewnością mogę stwierdzić iż czuję, że po prostu, zwyczajnie „padam na ryj”. Brakuje mi koła ratunkowego - telefon do przyjaciela: może wpadniecie z dziećmi, może umówimy się na mieście, możemy się wprosić... Ktoś kiedyś gdzieś napisał coś co chyba można przetłumaczyć: „nigdy nie wiesz jak silny jesteś, dopóki bycie silnym jest jedyną opcją jaką masz”, poprawiam więc koronę i zapier*** dalej :-)

Jeszcze przed wyjazdem Pana Męża, mieliśmy przyjemność/okazję uczestniczyć w przyjęciu urodzinowym dwójki dzieci. Chłopcy nie mogli się doczekać, ja z kolei byłam ciekawa jak tutaj obchodzi się urodziny, poza tym liczyłam na towarzyską odmianę, możliwość zobaczenia kawałka „normalnego” życia, jakie prowadzą nie-expaci. Początkowo przyjęcie zaplanowano na czwartek, godzina 19.00. Myślę - trochę późno jak na dziecięce przyjęcie, ale skoro czwartek to dzień roboczy, więc rozumiem. Z powodu choroby jubilatów, przyjęcie przełożono jednak na piątek, miesiąc później, i też godzina 19.00. Nie rozumiem, ale ok. Podobno weekendowe (i nie tylko) życie towarzyskie, rodzinne, bardzo często toczy się tu późnymi wieczorami – pikniki, galerie, place zabaw, „kulkolandy” zaczynają tętnić życiem o takiej porze, o której nasze dzieci jedzą kolację.
Chłopcy podekscytowani, co pół godziny pytają kiedy wyjeżdżamy, ja na wypadek możliwości zdjęcia mojego czarnego okrycia wierzchniego, wyjątkowo zakładam pod spód coś, co nie jest dresem :)
Wchodzimy, w korytarzu za drzwiami wieszaki na abaye, jakaś kobieta wskazuje: dzieci tutaj, a mamy na dole. Okey... Pan Mąż widząc kobietę przed nami, która zamierza zdjąć abayę mówi – chyba nie mogę tam wejść; wycofuje się, żeby przez przypadek nie obrazić czyjejś żony a przez to i czyjegoś męża. Pytam panią domu, czy mój mąż może tu z nami być. Widzę delikatny brak zrozumienia, może się źle wyraziłam, może to mój angielski. Mówię, że przywiózł nas Pan Mąż, czy mam go wysłać do domu, i potem zadzwonić, żeby przyjechał? Jasne, że tak.
Cieszę się, że nie kazałam mu zmieniać spodni, prasować koszuli :) 
Zostaję z chłopcami w sali dla dzieci, później udaję się na dół, gdzie zostaję przedstawiona wszystkim paniom – siostrom, teściowej, szwagierkom i koleżankom. Na stole duży talerz z mini przekąskami, talerz z arabskimi słodyczami, patera z arabskimi ciastkami, pudełko czekoladek i trzy termosy – kawa i dwa rodzaje herbaty. Panie nawijają po arabsku, ja zajmuję ręce kolejnym kubkiem kawy, herbaty, kawy, może kawy?. Czuję się – jak to później Pan Mąż trafnie określa – jak trzeźwy na weselu.
Chłopcy co kilka minut przybiegają pytając kiedy będzie tort; nie wiem, nie znam tutejszych tradycji, (to mamo zapytaj) zalecam cierpliwość i oczekiwanie. Przygotowania do tortu zaczynają się około godziny dwudziestej pierwszej, świeczki, odśpiewujemy happy birthday, jako jedna z nielicznych kroję chłopcom po kawałku tortu, w tym samym czasie panie wnoszą pudełka, napoje, większość dzieci zjada pizzę, nie tort. Piszę do Pana Męża, żeby się zbierał i po nas przyjechał, pani domu dziwi się, że tak wcześnie! wychodzimy. Godzina dwudziesta druga. Chłopcy na odchodne dostają po małym upominku, zmęczeni zasypiają w aucie.
Ja czuję się umęczona a oni przeszczęśliwi, mamo przyjęcie było super!
Tata wiele nie stracił, aczkolwiek nawet gdyby chciał tam być, to by nie mógł. I nie tylko tam.

Brama szkolna w Dzień Mamy.

Biblioteka dla dzieci. I ich mam.  


piątek, 24 marca 2017

O wyjściu z klatki

Różne kobiety, z którymi tu rozmawiałam, z różnych krajów, czy to z Australii, Holandii czy Francji odczuwają ten sam brak co i ja. Brak swobody, na którą możemy sobie pozwolić w naszych krajach, czyli, żeby chociaż móc wsiąść do swojego auta - za kierownicę, ewentualnie do autobusu, tramwaju, metra, jakiejkolwiek komunikacji miejskiej i pojechać tam, gdzie chcemy jechać. Tak, właśnie tego, brakuje mi najbardziej. Chociaż nasz compound jest duży, oferuje to, co sprawia, że życie tutaj nie jest mocno uciążliwe, to jednak nie da się uniknąć porównania do klatki, czasami śmieję się, że czuję się jak więzień w bardzo wygodnej celi, której - tak naprawdę - nie zamieniłabym teraz na nic innego.
Procedury i formalności, przez które musieliśmy przejść by móc przylecieć do Pana Męża, zajęły nam około trzy, nieskończenie długie miesiące. Z rozmów z innymi kobietami wynika, że dokładnie tyle to trwa w większości przypadków, chyba, że np.: każdy z małżonków jest innej narodowości, na dodatek jedno z nich posiada paszport innego kraju niż ten, w którym obecnie mieszka, a na dodatek wzięli ślub w zupełnie innym kraju, na innym kontynencie. Dokumenty, pieczątki, tłumaczenia, tłumaczenia tłumaczeń. Długa, stroma wspinaczka pod górę, podczas której można stracić morze cierpliwości i wylać stado łez, więc cieszę się, że nasza sytuacja była zwyczajna, standardowa. Tak więc, niedawno, po licznych przepychankach związanych ze swoją skomplikowaną papierologiczną sytuacją, do kolegi Pana Męża dołączyła jego żona. Ponieważ nie jestem wiele starsza od jej najstarszych dzieci, więc równie dobrze mogłaby być koleżanką moich rodziców. Szybko ją polubiłam, sympatyczna, asertywna, z głową tam gdzie powinna być głowa i z takim podejściem do życia jakie lubię, więc nasza różnica wieku zupełnie nie robi różnicy. Umówiłyśmy się na mały, babski „wypad na miasto”. 
Do tej pory, pomimo chęci, za mury naszego compoundu samotnie wybrałam się tylko raz, nie dlatego, że nie wolno, owszem można, ale zawsze raźniej jednak z kimś.
Nasza wyprawa to nie duża, ekstremalna eskapada, tylko zwykła wycieczka pieszo do pobliskiego sklepu, znajdującego się poza compoundem, niecały kilometr od naszego domu. Wielkie mi co? Dla mnie to naprawdę było coś :) Nasi mężowie oczywiście sugerowali, że przecież możemy wziąć taksówkę, pojechać gdzieś dalej, bo przecież kierowca nas zawiezie. Owszem mogłybyśmy, ale nie w tym rzecz, nie o to chodzi. Stwarzamy sobie taką namiastkę swobody, niezależności, czegoś, co jest tylko w naszych rękach, w naszych nogach, bez uzależnienia od żadnego mężczyzny, chociażby od kierowcy taksówki. Minęłyśmy budkę strażników, jesteśmy poza compoundem! Na twarzy poczułam wiatr wolności. Ok, tak naprawdę, to nie był wiatr wolności, to był zwykły chłodny wiatr, bo tego dnia nie było mocno gorąco, w każdym razie poczułam: wow – zrobiłyśmy to :) 
Sklep znajduje się po drugiej stronie ulicy, za jakieś kilkaset metrów; niby łatwizna a jednak „najciekawsza” część naszej wyprawy miała się dopiero zacząć. 

Ludzie tutaj spacerują rzadko, więc minęło nas pięć taksówek, które trąbiąc i zwalniając pytały czy nie potrzebujemy transportu. Ponieważ ludzie tutaj spacerują rzadko, więc żeby przejść na drugą stronę nie wystarczy dojść do przejścia dla pieszych, dlaczego? Bo nie ma. A przynajmniej nie ma na naszej ulicy, na sąsiedniej chyba też nie. Trzypasmówka z każdej strony, o tej porze dnia niezbyt tłoczno, ale nie pusto. Auta (poza zwalniającymi obok nas taksówkami) poruszają się szybko. Obserwujemy, czekamy na jakąś lukę: za tym białym! O nie, ten czarny za nim jest za szybki. Czekamy. Teraz? Nie, jeszcze nie. O zaraz, teraz, raz-dwa! Podciągamy abaye odsłaniając nogi poniżej kolan. Go! Docieramy do pasa zieleni pośrodku ulicy, chwila oddechu, ruch z drugiej strony jest większy, obserwujemy, czekamy. Powtórka z rozrywki. Go! Docieramy do chodnika, jakiś mężczyzna śmieje się na nasz widok, my śmiejemy się z siebie. Nie kupujemy dużo, bo przecież musimy jeszcze z tymi torbami wrócić tak jak przyszłyśmy. Jest śmiesznie, jest miło. Umawiamy się na taką samą wyprawę w przyszłym tygodniu.

Następnego dnia wybieram numer taxi w compoundzie. Do tej pory trafiałam na dwóch dyspozytorów, jeden z nich, z którym rozmawiałam najczęściej, w miarę rozumie to, co do niego mówię, natomiast ja nie do końca łapię jego arabsko-angielski. Podaję dokąd chcę jechać, skąd ma mnie zabrać, a on tę informację przekazuje kierowcy. Nigdy nie wiem, czy to co powiedział zanim się rozłączyłam znaczyło, że kierowca będzie za chwilę, za kilka a może za kilkanaście minut. Czekam w cieniu, podjeżdża kierowca, pyta hospital? Ok, wychodzi na to, że tym razem bawiliśmy się w głuchy telefon, mówiłam przecież - medical laboratory. Mówię – Kind Abdulaziz Road. Pokazuję mu adres na telefonie, powoli jadąc, z zakłopotanym wyrazem twarzy, wgapia się w mój telefon – o majgat! Dzwoni gdzieś. Zanim odezwie się jego rozmówca, pokazuję mu trasę w google maps, z jeszcze większym zakłopotaniem patrzy, w międzyczasie odzywa się głos w jego słuchawce, nawijają obaj, potem nawija już tylko tamten, zaczynają jakby krzyczeć, w pewnym momencie kierowca rzuca telefonem w podłogę, łapie mój, pyta: madame, start? Uruchamiam nawigację.
W aucie robi się śmiesznie, jadę z kierowcą z którym, poza prostymi komunikatami, nie jestem w stanie się porozumieć, ja nie rozumiem po arabsku, on nie rozumie po angielsku, tym bardziej nie rozumie też nawigacji gadającej po polsku, dobrze że gadanie jest tylko dodatkiem do obrazu. Dojeżdżamy. 
Na szczęście zrozumiał, żeby na mnie poczekać. 
Wracamy.


Wieczorem przeglądam papiery, nawet jeśli w zamiarze miało znaczyć to coś zupełnie innego, to daję się przekonać jednemu z rachunków, że wcale dużo nie wydałam :)

czwartek, 9 marca 2017

Star of the week

W szkole co tydzień, w nagrodę za: A (naukę) + B (zachowanie) + C = całokształt, jedno dziecko dostaje tytuł Star of the week. W ubiegłym tygodniu Starszy został taką Gwiazdą :) jak się okazało, tytuł zobowiązuje, bo i świętowanie tej nagrody trwa przez cały tydzień.
Musieliśmy przygotować tablicę ze zdjęciem dziecka, umieścić tam takie informacje jak: jego ulubiony – kolor, przedmiot w szkole, zabawka, jedzenie, najlepszy przyjaciel oraz dokończyć zdanie: gdy dorosnę, to zostanę... na co Starszy z miejsca odpowiedział kotem. To pozwala przypuszczać, że raczej nie ma dużego wyobrażenia na temat dorosłości, i tego czym albo kim możemy się stać. Może to i lepiej.
Jednego dnia dziecko przynosi do szkoły coś swojego ulubionego do jedzenia, mały poczęstunek, żeby podzielić się z innymi dziećmi, kolejnego dnia jakieś kolorowanki, a na ostatni dzień swego gwiazdorzenia, na godzinkę albo dwie, przychodzi do szkoły rodzic. Czyli ja. I prowadzi zajęcia z całą klasą. O majgat!
Pani Nauczycielka zdradziła mi, że niektórzy rodzice traktują to wyróżnienie bardzo poważnie, niektórzy wręcz zabiegają o to. Jedna z mam tak się przejęła pewnego tygodnia, że jej Gwiazda codziennie albo przynosiła innym dzieciom jakieś małe prezenciki, albo mama przygotowywała poczęstunek, graniczący raczej z ucztą. Takie święto.
Dopiero wtedy zrozumiałam. Naszego drugiego tygodnia w szkole Starszy wrócił z torebką słodyczy, następnego z kolorowanką i farbkami, kolejnego z dużym czerwonym długopisem z Zygzakiem McQueenem, a ostatniego dnia z balonikiem i słodyczami. Zapytany odpowiadał, że to wszystko od jednego chłopca, choć nie bardzo jeszcze wówczas rozumiał (ani tym bardziej ja), po co, jak i dlaczego.
Na to wspomnienie, tak sobie myślę, że podeszłam do tematu zbyt nieprofesjonalnie ;-)
Bycie nauczycielką przez kilka chwil jednego dnia, ostatecznie utwierdziło mnie w pewności, że zawód nauczyciela to nie było dobre marzenie. Ciężko jest chcieć być kimś w przyszłości albo wiedzieć kim się chce zostać, mając zaledwie kilka lat. Może to i dobrze, że na razie Starszy chce zostać kotem.
Pani Nauczycielka poprosiła mnie tylko, żeby te zajęcia dla dzieci nie były zbyt trudne, zbyt wyszukane, żeby nie musiały nic wycinać ani malować farbami :D Just simple. Ok?
Nie powiem, że podeszłam do tematu na luzie, bo tak nie było. Stresowałam się wystąpieniem przed grupą dzieci, do których miałam mówić w nieswoim języku ;-)
Wysiliłam mózgownicę i sama, własnoręcznie przygotowałam proste rebusy :) każde dziecko chciało rozwiązać. Sukces!



Wyszukałam też szablony chłopca i dziewczynki, które rozdałam dzieciom i każdy musiał namalować tam siebie, napisać swoje imię i coś swojego ulubionego. Nastała cisza. Wszystkie dzieci pilnie zabrały się do pracy a Pani Nauczycielka nie mogła przestać dziękować, że wybrałam coś tak nieskomplikowanego. Potem (chciałam powiedzieć - powiesiliśmy wszystkie dzieci, hehe, ale właśnie zdałam sobie sprawę jak to zabrzmiało), powiesiliśmy prace wszystkich dzieci na tablicy magnetycznej, próbując znaleźć podobieństwa, wspólne ulubione rzeczy. W pewnym momencie zapanował lekki chaos, część dzieci chciała coś domalować, poprawić, zabrać do domu albo pobawić się swoją postacią z kimś innym.
Strzałem w dziesiątkę okazała się zabawa, którą przedstawiliśmy jako ulubiona niekomputerowa gra naszej Gwiazdy, czyli moje wspomnienie z dzieciństwa – papier-kamień-nożyce :D Każdy chciał zagrać, każdy chciał zagrać ze mną, i każdy kto ze mną wygrał ogromnie się cieszył :)

Nie trzeba było fajerwerków a ja odniosłam wrażenie, że dzieci naprawdę dobrze się bawiły :) i ja trochę też, ale tego dnia wyszłam ze szkoły zmęczona jak nigdy :)

środa, 8 marca 2017

Post towarzyski

Zmobilizowana przez moje ulubione Sąsiadki, postanowiłam coś napisać, a właściwie dokończyć to co zaczęłam. Nie wiem czy sumienność była zawsze moją mocną czy słabą stroną ale odkładanie czegoś bo coś, to tak, zdecydowanie zdarza się.

Zrobiło się nam tu trochę towarzysko. Mieliśmy nawet pierwszych gości, zaprosiliśmy po szkole dwóch braci, z których jeden chodzi do klasy ze Starszym, a drugi z Młodszym. Na dodatek ich mama jest bardzo miłą, sympatyczną (tutejszą) kobietą i nie dość, że szybko znalazłyśmy wspólny język, to okazało się, że mamy trochę wspólnego. W trakcie plotkowania o naszych mężach i teściowych, zauważyłam również pewne podobieństwa między naszymi mężami. Mama chłopców ma fajny dystans (pamiętam, że moja polonistka w podstawówce powtarzała, że nie ma takiego słowa „fajny” i nie pozwalała nam go używać ale nie znajduję właściwszego), z inteligencją i poczuciem humoru, do tego jak tu się żyje, więc mogłam bez obawy o obrazę uczuć czy jakikolwiek nietakt pytać, mówić, komentować. Owszem zawsze lepiej zachować odrobinę powściągliwości, ale tak, to było naprawdę jedno z lepszych popołudni tutaj. Dowiedziałam się, że tutaj nawet ja jestem blondynką, oczywiście nie ze względu na pustkę w głowie tylko na kolor włosów, któremu przecież do blondu daleko.
Z podziwem obserwowałyśmy próby dogadania się chłopców, przy czym najbardziej uniwersalną płaszczyzną porozumienia się była gonitwa za uciekającą Kićką. (Pomimo tego, że kotka ma imię nadane jej przez poprzednią właścicielkę, na które i tak nie reaguje, więc u nas najczęściej funkcjonuje jako Kićka, oczywiście na to imię nie reaguje również, natomiast chłopcy ochrzcili ją ostatnio imieniem... Nagrobek. Na które nie reaguje także, w rzeczy samej.) Gdy kotka ostatecznie wskoczyła na lodówkę, gdzie banda chłopców nie mogła jej dopaść, zajęli się zabawą w pokoju a my kontynuowałyśmy bardzo miłą pogawędkę. Tak, to było jedno z lepszych popołudni tutaj, ale to już chyba mówiłam.
Gdy następnego dnia robiliśmy ćwiczenia z zerówkowej książki i Starszy miał narysować to, co robił wczoraj rano, w południe, po południu i wieczorem narysował zabawę z kolegami. Sądząc po dużym uśmiechu, który wymalował sobie jestem pewna, że ta wizyta sprawiła mu dużo radości.

Znajomość z Panią Nauczycielką i jej mężem, którzy przyjeżdżają do nas po południu na lekcje do chłopców też wskoczyła na całkiem sympatyczny poziom. Niestety, dzięki temu, a raczej przez to, mam okazję „zobaczyć” szkołę do której uczęszczają chłopcy z drugiej strony, z innego niż do tej pory punktu widzenia, który już nie jest tylko kolorowy jak wydawało mi się na początku. Natomiast w podejściu do dzieci nie zmieniło się nic, więc to chyba taka natura instytucji – ktoś, kogoś, komuś, coś, po coś i dlaczegoś. Pan Mąż wytłumaczył mi, że niektóre rzeczy tutaj po prostu takie są, trzeba robić swoje, nie wnikać, nie przejmując się za bardzo rzeczami, których nie zmienimy i na które nie mamy wpływu.

Chłopcy dość szybko przełamali barierę posługiwania się znakami i mrugnięciami, zastępując ją prostym, zrozumiałym słownictwem. Duża jest w tym też zasługa nie tylko samej szkoły ale i pracy w domu, aczkolwiek bardzo dużo pracy wciąż jeszcze przed nami. 
Z drugiej strony, niedawno Młodszy z satysfakcją stwierdził, że koleżanka nakarmiła go dziś ciasteczkami. Pytam, czy poprosił, czy podziękował? Młodszy na to, nie, zaraz ci pokaże mamo jak to działa. Gdy ktoś je ciasteczko, ja wyciągam rękę i mówię "mhh" i dostaję ciasteczko! Nic nie musiałem mówić :) 

Ciągle też podziwiam jak potrafią wymówić niektóre słówka, chociażby zasłyszane w animacjach youtubowych, np. zwyczajny „dinosaur” czy „skeleton” w ich wymowie brzmi tak jak ja ledwo jestem w stanie usłyszeć a co dopiero wypowiedzieć.
Ostatnio Pani Nauczycielka pochwaliła Starszego, gdy pierwszy raz sam zbudował proste zdanie i świadomie go użył. Sytuacja akurat nie była bezpieczna bo w trakcie zabawy biegał z ołówkiem, kiedy mu zabrała on zaprotestował mówiąc: It is mine! (To jest moje!) I była z tego naprawdę dumna, ja zresztą też. 
Często stara się zachęcać go do czynnego udziału w lekcjach, do przygotowania czegoś o czym sam będzie mógł opowiedzieć całej klasie, dzięki temu powstał nasz projekt, który zrobiliśmy razem z chłopcami w domu, Solar System (układ słoneczny)


Na koniec językowy żarcik, o które tutaj nie trudno. Odrabiamy prace domowe, Starszy miał lekcję ze słówkami zawierającymi „ou” które miał wstawić w luki w zdaniach – house, mouse, couch. Mówię – couch – czyli kanapa, to na czym siedzicie przed telewizorem. Na co Młodszy, rozbrajając mnie całkowicie: mamo, ta kanapa powinna się nazywać sandwich! (kanapka)

Cieszę się, bo to jest ten plus którego ciężko nie docenić.

Młodszy: Mamo, zobacz jaki śliczny kotek. Czy ten kotek jest ładniejszy niż nasza kotka?
Nie, raczej nie. Nasza kotka jest ładniejsza.
No tak, (z westchnięciem) ciężko jest być ładniejszą od naszej kotki.



czwartek, 16 lutego 2017

O kotce i naturze

O tak, tak! Kilka worków, woreczków, torebek wypełnionych kaszami, ziarnami, ziarenkami przybyły z Panem Mężem z Polski. Chciałoby się powiedzieć – mała rzecz a cieszy, jednak gdy brakuje mi miejsca w szafce widzę, że te 8 kilo to wcale nie tak mała rzecz i wciąż ogromnie cieszy. Niestety, (na szczęście mała) część kaszy jaglanej wysypała się do walizki przez dziurę w torbie niczym piasek z worka Grzesia, który szedł przez wieś, co widząc kotka zinterpretowała jako fakt posiadania nowej kuwety.
Patrzę na zapełnione, wręcz przepełnione półki i myślę sobie jest dobrze, dobrze jest! 

Miniony „słomiany” weekend i cały bieżący tydzień jak dotąd minął w miarę spokojnie, bez przygód i niespodzianek, tylko kotka zrobiła się dość niespokojna. Gdy w sobotę wróciliśmy od Pani Nauczycielki, wyskoczyła na spacer, co owszem zdarzało się jej już wcześniej ale po nie więcej jak dwudziestu minutach zawsze wracała. Tym razem, zrobiło się już późno, ciemno, minęły prawie dwie godziny a kotki wciąż nie ma. Chłopcy zarządzają poszukiwania. 
Mamo, mamo jest. O tam! Jest tam, przy drzewie! Podchodzę, coś tam faktycznie jest i tarza się w piachu, liściach, kto wie, może to i ona. Wyciągam rękę i nie poznaję miękkiego wylizanego futerka, odskakuję przestraszona, że to raczej był jeden z naszych dzikich okolicznych. Starszy śmiejąc się ze mnie, przekonuje, że to naprawdę nasza kotka. Chodź, chodź brudasku. Zabieramy ją na górę gdzie zaczyna zachowywać się dość niestosownie i zupełnie niepodobnie do siebie.
Mamo, mamo, kotka chyba złapała jakiegoś wirusa, ona ma chyba jakąś chorobę, zobacz jak dziwnie porusza pupą.
Chyba nawet wiem co to za „choroba”. Tłumaczę chłopcom jak umiem najprościej, by nie zagłębiać się mocno w definicje rodem z podręczników do biologii czy zoologii.
W ciągu kolejnych dni zauważam coraz więcej grubych kotek w okolicy. Moja ulubiona Magdalena uspokaja mnie teorią o zachowaniach kotów w takim etapie ich życia i pocieszam się nadzieją dużego prawdopodobieństwa, że kotka na pierwszym, dwugodzinnym gigancie najzwyczajniej w świecie wyszła się dopiero rozejrzeć, wszak wachlarz samców w okolicy jest dość pokaźny.
Wciąż przeczekujemy kiedy to się skończy wysłuchując o różnych porach dnia i nocy głośnego i donośnego płakania, wręcz wyżalania się i wzywania matki natury by oświeciła tę niedobrą czarownicę, która zamknęła naszego pieszczocha w wieży.


Starszy: wiesz mamo, nasza kotka powinna mieć męża, bo ona czuje się tu bardzo samotna i miałaby towarzysza.  

czwartek, 9 lutego 2017

O zakupach z tutejszością w tle

Niektóre galerie handlowe, czyli mall, są ogromne, są tak duże, że prawdopodobnie zmieściłyby w sobie Arkadię, Galerię Krakowską, Warmińską i może coś jeszcze. Same strefy zabaw dla dzieci nierzadko są wielkości supermarketu.
Co wcale nie oznacza, że lubię tam spędzać czas.
W sobotni poranek, wybraliśmy się do jednego mniejszego „molla”, żeby zrobić większe zakupy w tamtejszym Carrefourze (btw. logo tej sieci w tym konkretnym sklepie zostało, z powodów powiedzmy, politycznych zmienione). Biorę listę zakupów sporządzoną dzień wcześniej (polecam), sprawdzam: najbliższy prayer time (czas modlitwy) za godzinę czterdzieści, powinniśmy dać radę.
Plan logistyczny, zostawiam Pana Męża z chłopcami w strefie z elektroniką a sama mknę by szybko zlokalizować, rozpoznać i wrzucić do wózka to, co chcę kupić.
Płyn do płukania, do mycia naczyń, do płukania zębów. Zbaczam z trasy, gdy kątem oka dostrzegam strefę damskich tematów, kolejne podejście – sorry panowie, możecie ominąć to zdanie do końca i trzy następne też. Od kiedy tu jestem w każdym sklepie próbuję (jak do tej pory bezskutecznie) je znaleźć, bo dużym problemem okazuje się tutaj kupienie tamponów. I nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego. Z obawy, że zapytani panowie z obsługi sklepu mnie nie zrozumieją lub nie będą w stanie mi pomóc, nawet nie pytam.
Spotykam moich panów w połowie listy, zegarek mówi, że czasowo jednak troooochę się zeszło, jakieś osiemnaście minut do modlitwy, ruszamy do strefy warzywno-owocowej. Uśmiechnięty pan z obsługi stoiska z bakaliami pyta how are you? Gestem zaprasza do wyboru spośród szerokiego wachlarza dobrodziejstw, które tam się znajdują. Starszy znajduje swoje ulubione orzechy na mądrość, ja potrzebuję tylko migdały i pestki z dyni. Pan wyciąga na łopatce kilka sztuk i daje mi spróbować. Good. Po jednym pudełku. Drugi pan z obsługi pyta – half kilo? Niech będzie i pół kilo. O majgat! Gdy widzę cenę kilograma dyniowych pestek nadrukowaną na przyklejonej do pudełka etykiecie cieszę się, że pudełko pomieściło tylko 250g. Dziękuję, to wszystko. Pan wyciąga na łopatce coś do spróbowania i częstuje chłopców, Młodszy się krzywi, Starszy – mniami. Cokolwiek to jest, dla finansowego bezpieczeństwa proszę o 20 deko. Makadiamia cheese. Smaczne, lecz odchodzę bo zaraz dam się namówić na coś jeszcze.
Przygasają wszystkie światła. Prayer time.
No, to mamy teraz duuużo czasu – mówi Pan Mąż. Przez chwilę przebiega mi po głowie pytanie, kiedy chłopcy ostatnio byli w toalecie, lecz nie wypowiadam tego głośno, bo ostatnie czego teraz potrzebuję to – mamo siku.
Mamy czas, więc z dużym zapasem spokoju realizuję i odhaczam kolejne punkty z listy, Starszy pomaga mi i skreśla to co już mamy, za każdym razem dopytując kiedy skreślimy już wszystko, Młodszy natomiast pomaga w wybieraniu. Wysyłam Pana Męża po szczypiorek, za chwilę i tak ląduję obok niego w poszukiwaniu zielonej pietruszki, bardzo ładna, biorę dwa pęczki. Ponieważ nie ma tu stoisk do samodzielnego ważenia towarów, pan/pani obsługujący wagi wróci na swoje miejsce dopiero jak światła rozbłysną na nowo. Po piętnastu minutach widzę kolejkę, która już zaczyna się tam tworzyć, dziesięć minut później robi się już gęsty wianuszek. Oj, będzie się działo. Mamy wszystko, czekamy drepcząc po sklepie, nie wykazując oznak zniecierpliwienia by chłopcy nie zauważyli, że znów trafiliśmy na modlitwę. W końcu robi się jaśniej, pracownicy zaczynają powroty do swoich stanowisk. Mały tłum, jedna waga. Pan Mąż bierze na siebie dopchnięcie się do ważenia, zostawiamy go przy kasie i zabieram chłopców na górę do strefy kulinarnej.
Pytam czy te kurczaki w zestawie są pikantne? Pan mówi – dziewięć riyali. Poproszę DWA zestawy, NIE pikantne dla dzieci, nie pikantne. Osiemnaście riyali. Po dziesięciu minutach odbieramy swoje kurczaczeczki i fryteczki, chłopcy wybierają stolik. Smacznego. Jak byk na opakowaniu wymalowane papryczki z napisem spicy, przegryzam kurczaka, który tu akurat jest prawdziwym kawałkiem kurczaka a nie jakimś zlepkiem połączonych, zmielonych kawałków czegoś tam, pali mnie język, mniami. Nie, nie idę z reklamacją bo albo ja nie zostanę zrozumiana albo mnie nie zrozumieją ;-) Chłopcom pozostają więc frytki. Prawie kończymy, gdy do naszego stolika podchodzi jakaś całkiem zamaskowana pani i mówi niezbyt przyjemnym głosem – no family i wskazuje całą ręką stoliki w drugiej części strefy. Dopiero teraz rozglądam się i widzę wokół nas pięć innych stolików zajętych tylko przez mężczyzn. Normalnie by mnie to nie zdziwiło ani nie zastanowiło, ale tutaj jednak powinno. Pan Mąż pyta gdzie idziemy, Młodszy tłumaczy – przenosimy się do innego stolika bo tam nie możemy siedzieć. Widzę zdziwienie na twarzy Pana Męża, ale ok. Przynosi mi i sobie po bulgoczącej jeszcze zupie.

Przy stoliku po długiej przekątnej siedzi jakaś całkowicie zamaskowana pani, wiesz, to chyba tamta kobieta była. Nie wiem po czym ją poznałam. Za chwilę widzę jak (chyba) z oburzeniem mówi coś do mężczyzny, w pobliżu damskiej toalety, który (chyba) oburzony odchodzi a w tym czasie jakaś kobieta z dwójką dzieci siada tam, gdzie my siedzieliśmy jeszcze niedawno. Zamaskowana pani wstaje, pokonuje czterdzieści kroków w jedną stronę i wskazuje tamtej kobiecie tę stronę na której my się teraz znajdujemy, tamta zabiera wózek, dzieci, przesiada się bliżej nas. Zamaskowana pani pokonuje kolejnych czterdzieści kroków by wrócić na swoje miejsce. Trochę się śmiejemy, bo dla nas ta sytuacja jest podszyta jakimś komizmem, ale ok.
Podchodzę do McDonalda po lody dla chłopców, staję przed kasą z tabliczką women, a pan kasjer zaprasza mnie do kasy obok. Mówię, ale tu jest women a tam men, a ja jestem woman. Pan się uśmiecha, przymyka oko i pokazuje gest ręką, i mówi that's ok, no problem. Pyta co podać, czy waniliowy czy z polewą, skąd jestem, czy w kubeczku czy w wafelku, mówi dwa riyale. Mówię, że chciałam dwa lody, on tak, ok, dwa riyale. Upewniam się, że dobrze usłyszałam i zrozumiałam, czy jeden lód jeden riyal? Tak, tanio, prawda? Śmieje się, ja dziękuję i odchodzę. Bye.
Kończę zupę, chłopcy wykańczają lody, wstajemy, zamaskowana pani podnosi się ze swojego stolika i przechodzi jakieś osiemdziesiąt kroków, podchodzi do mężczyzny siedzącego samotnie przy małym stoliku i wskazuje mu strefę w której my siedzieliśmy na samym początku. Jak kawaler sam, bez rodziny to pewnie go wygania z family section. Myślę sobie - ordnung muss sein. Do tej pory, na szczęście nie miałam do czynienia z tutejszą policją religijną, o której sporo już słyszałam, więc jeśli mają w swoich oddziałach także kobiety, to musiała być jedna z nich, choć bardziej podejrzewamy, że to raczej taki samozwańczy porządkowy. Z drugiej strony, gdy ktoś się źle zachowuje czy brzydko odzywa to Pan Mąż też zwraca mu uwagę.. Prawda? Prawda, mimo wszystko i tak się śmiejemy.

Wracamy do domu, rozpakowuję milion reklamówek. Wgryzam się w pietruszkę, feeee, która okazuje się nie być pietruszką, smakuje zupełnie niepodobnie i nie do końca ten smak mi pasuje. Ehh, mam tego dwa pęczki. Ceremonialnie, wręcz z poważaniem i poszanowaniem odkładam na półkę drogocenne pestki z dyni. 
Ceneo. Wow. Pytam Pana Męża czy na najbliższy weekend do Polski ma też w pakiecie normalny bagaż czy tylko podręczny?
Mam. 20 kilo bagaż.
Czy będziesz mógł przywieźć mi jedzenie - pestki z dyni, słonecznika i kaszę gryczaną i jaglaną?
Ok.

Zamawiam. Osiem i pół kilo. Za wszystko płacę mniej niż tutaj kosztuje kilogram dyniowych pestek. O majgat!  

środa, 1 lutego 2017

Ferie zimowe

Od niedzieli mamy ferie, bez śniegu, bez śnieżek, bez sanek, bez bałwana. 
Śnieg nie jest konieczny, ważne jest, że nie idziemy do szkoły i nie pójdziemy do niej przez najbliższy tydzień. Mała rzecz, a cieszy. Niezmiernie. Co nie znaczy, że mamy całkowicie wolne. Nadrabiamy angielski, przerabiamy polski, swoją drogą podziwiam (choć nie wiem, czy jest to właściwe słowo) rodziców, którzy decydują się na uczenie swoich dzieci w domu. Moje dziecięce marzenie by zostać z nauczycielką, zdecydowanie minęło się po drodze z predyspozycjami.
Wczoraj natomiast, Nauczycielka chłopców zaproponowała zaległą lekcję u niej w compoundzie, po południu.
Nie wiem czy jest dobrą nauczycielką, ale podoba mi się jej podejście i zrozumienie, że dzieci to przede wszystkim dzieci, których nie da się na siłę nauczyć, nie da się przeskoczyć pewnych barier i ograniczeń, nie da się przeładować programem i materiałem, bo jak by nie było – co za dużo, to i świnia nie zje.
Lekcja zaczęła się od relaksu w basenie.
Młodszy: swimming, yes, swimming!
Gdy skończyła się część relaksacyjna i dzieci poszły się uczyć, ja zostałam nad basenem ze słońcem, kawą, grubą, acz literacko ambitną cegłą i w pełni oddałam się temu, co niektóre tygryski lubią najbardziej. Chwilo trwaj, trwaj!
Po chwili, znaczy się po wielu, wielu, wielu chwilach – o czym uświadomił mnie zegarek - przyszły dzieci; w międzyczasie trochę popisały, posłuchały, pooglądały zwierzątka w tutejszej zagrodzie. Nauczycielka zaproponowała, żeby jeszcze pójść na boisko bo są tam dzieci, którym ona chciałaby przedstawić chłopców. Będzie szansa przećwiczyć – what is your name? My name is...
Zarówno Młodszy jak i Starszy zaprotestowali, że nie chcą iść na boisko bo dzieci tam będą grały w soccer a oni nie lubią grać w soccer.
Chłopcy, nie musicie grać, chciałabym tylko, żebyście zapoznali się z nowymi kolegami.
Nauczycielka wtajemniczyła trzech małych piłkarzy, że chłopcy dopiero uczą się angielskiego i jeszcze mało mówią. Starszy – zupełnie jak nie on – stał jak za karę na apelu, wyprostowany, z opuszczoną głową, przebierając palcami lewej ręki, tak jakby chciał, żeby go tam nie było. Podeszła grupka innych dzieci, trochę starszych od naszych, chłopcy, dziewczynki, przedstawili się, zaproponowali zabawę w berka – i chłopcy, już w swoim żywiole, zaczęli szaleć. Gdy zabawa się skończyła, podeszli do nas, staliśmy obok bramki do której grali trzej mali piłkarze, których poznaliśmy na początku. Starszy zapytał czy mógłby tylko spróbować, czy on będzie umiał w to grać. Jasne! Młodszy pobiegł za nim. Każdy strzelony gol to było przybicie piątki z kolegami i skoki z radości.
Spojrzałam na zegarek, musimy wracać, żeby zdążyć na wizytę u stomatologa.
Bye, bye!
Starszy był smutny i niepocieszony, bo jest tak fajnie i on chciałby jeszcze pograć.


A widzisz, chyba jednak trochę lubisz ten soccer.