wtorek, 29 listopada 2016

Szkoła

Ostatnim dniem weekendu tutaj jest sobota.
Wieczorem poszliśmy na plac zabaw, zdecydowanie w ciągu dnia nie jest to dobry pomysł.
M: Chłopcy, tata zawiezie nas na plac zabaw, chcecie? Może będą tam inne dzieci.
Starszy: A będą jakieś normalne, czy tylko te inne?


W niedzielę, natomiast, poszłam z chłopcami zobaczyć ich nową szkołę, właściwie to nie wiem czy mogę to nazwać szkołą czy raczej przedszkolem. Porozmawialiśmy z właścicielką i nauczycielką, która będzie ich uczyć dodatkowo. Bardzo podoba mi się ich podejście, cały plan wprowadzenia chłopców, który zaproponowały jest z całą pewnością ułożony tak by jak najbardziej zminimalizować ten szok kulturowy i językowy. Szanuje się tu dziecko i to jest dla mnie bardzo ważne.
Chłopcy zostali umieszczeni w oddzielnych klasach, wiem, że raźniej byłoby im razem, ale tak chyba będzie lepiej.
Zostaliśmy oprowadzeni po całym obiekcie, chłopcy przedstawieni w swoich klasach, Starszy odważył się nawet pobawić chwilę na placu zabaw, Młodszy natomiast bardziej wycofany i przestraszony kurczowo trzymał się moich spodni. Wychodząc zapytałam czy przyjdziemy tu jutro? Tak, przyjdziemy.

Poniedziałek - dzień pierwszy. Ustaliliśmy, że pierwszego dnia zostaną tylko na 3 godziny i stopniowo w zależności od chłopców zachowania, adaptacji będziemy ten czas wydłużać.
Przez pierwszy miesiąc będą mieli zajęcia przez trzy dni w tygodniu, natomiast w dwa dni tylko indywidualną krótką lekcję.
Gdy przyszłam ich odebrać, grupa Starszego akurat była na placu zabaw: To jest My mum!
Mamo, mamo poznałem nowego przyjaciela, inny chłopiec chciał się też mną opiekować, ale ciągle mówił do mnie tylko po angielsku i nie wiem co.
Młodszy, był trochę bardziej nieśmiały, bliski płaczu ale poradził sobie: wiesz mamo, zakolegowałem się z jednym chłopcem. tylko nie wiem jak ma na imię, bo nie rozumiem po angielsku.
Cieszyłam się, że nie płaczą, nie rozpaczają, choć wiem, patrząc na ich zachowania i odruchy od kiedy tu jesteśmy, że przeżywają. Nie da się inaczej. Cieszę się, że są tak dzielni i jestem z nich bardzo, bardzo dumna.

Tata: Jak chłopcy pierwszy dzień w szkole?
Starszy: Fajnie, mam nowego przyjaciela, a pani Młodszego bardzo pięknie się nim zaopiekowała i moja pani też jest bardzo dobra i nie krzyczy na dzieci  w zdenerwowaniu. Tylko oni wciąż mówią do mnie po angielsku i ja nic z tego nie rozumiem. I ja nie miałem na śniadanie żadnej przekąski tylko sam sok...
Odbieram jego słowotok na plus.

Wieczorem poszliśmy na basen, gdzie spotkaliśmy kolegów Pana Męża z pracy:
S: Hello, how are you?
Młodszy: How are you?
S: Fine. And you?
Młodszy: Yes.
:)

Wtorek pobudka.
Zaspani: Mamo, zrobisz kakao?
Tak, chodźcie do kuchni już się robi, ja tylko pójdę się ubrać.

Chyba musimy się wcześniej kłaść :)

 

Abaya

Noszenie abayi nie jest dla mnie problemem, nie jest to w żaden sposób dla mnie upokarzające bądź krzywdzące. Nie przeszkadza mi to, że żaden mężczyzna nie obejrzy się za mną na ulicy mówiąc, że mam ładne nogi, bo cycków przecież nie noszę. Wystarczy mi, że Pan Mąż wciąż patrzy na mnie tak samo a może nawet i lepiej niż jeszcze nie tak dawno i że wciąż mu się podobam.
Noszenie tego stroju, to chyba pierwsza z obowiązujących zasad, które nieświadomie zaakceptowałam i szybko przyzwyczaiłam się. Może po prostu łatwiej jest przystać na to z czym nie można dyskutować?
Jak by nie patrzeć, to zdaje się pierwsza kiecka, którą kupił mi Pan Mąż :) wiem, że bez niej nie mogę wyjść poza compound (zamknięte osiedle na którym mieszkamy), nie wiem co stałoby się gdybym wyszła, ale nie mam ochoty się o tym przekonywać.
Podobno na przestrzeni ostatnich kilku lat trochę się w tym temacie zmieniło, kiedyś abaye były głównie czarne, teraz można wybierać w kolorach, choć do tej pory spotykałam kobiety odziane przede wszystkim w czarne, z jakimiś kolorowymi wstawkami.
Ja w każdym razie kupię sobie jeszcze przynajmniej jedną i chyba nawet sprawi mi to przyjemność.
I pozwolę sobie na koniec zacytować fragment książki Dubaj:
"Ileż to wolności, kiedy człowieka nikt nie ogląda, nie krytykuje za niedoskonałości figury, za uczesanie czy ubiór. Czy spróbowałabyś uwieść mężczyznę zza tajemniczej zasłony? Ściągnąć na siebie uwagę minispódniczką to zbyt proste. Staram się wejść w wasze położenie. Czy wy nie zatraciłyście przyjemności spojrzeń, zakłopotanego i nieśmiałego uśmiechu? (...)"

Weekend

Weekend oczywiście w znacznej części poświęciliśmy na zakupy. Do swojej wciąż otwartej listy dopisywałam rzeczy, produkty, których mi na bieżąco brakowało. Na drugiej liście zapisuję rzeczy, których mam nie zapomnieć przywieźć z Polski.
W piątek tutaj większość sklepów od samego rana do popołudnia jest zamkniętych. Wybraliśmy się do Carrefoura, który jak pokazywał pan internet jeszcze przez godzinę miał być otwarty. Aczkolwiek, jak stwierdził Pan Mąż, to wcale nie musi być takie pewne. Przekonajmy się.
Na bieżąco wykreślałam z listy to, co udało mi się załadować do koszyka. Niestety, gdy wybierałam szklanki, jedna niefortunnie wyślizgnęła się z opakowania i uderzyła o podłogę rozbijając się na kawałki. Usłyszałam tylko gdzieś za sobą: ajajaj. Nikt nie podszedł, nie nakrzyczał, wewnętrznie wpadłam w panikę (Pan Mąż z chłopcami okupowali wówczas regały ze słodyczami), odczekałam i odeszłam chcąc jak najszybciej znaleźć moich panów. Pan Mąż powiedział, że trudno, żeby się nie przejmować, zapłacimy jak za komplet, a to że nikt nie podszedł? Przecież jestem kobietą, żaden facet nie podejdzie.
Przy stoisku z owocami i warzywami zostaliśmy poinformowani, że musimy udać się już do kas. Resztę rzeczy z listy dokupimy później.
Przy wszystkich zakupach tutaj zauważam, że oni tutaj chyba całkowicie nie są eco-friendly. Wszystkie zakupy jakie robimy są nam pakowane w plastikowe reklamówki, nie jakieś cienkie pękające. Mocne, wytrzymałe reklamówki, po kilka, kilkanaście przywozimy z każdych większych zakupów. Swoją drogą dzięki temu nie muszę kupować worków na śmieci. Torebki do pakowania warzyw i owoców też nie są cienkimi, cieniuśkimi reklamóweczkami, tylko dość mocnymi dużymi torebkami.
Stoiska z owocami i warzywami są tu podobne do naszych marketowych, tylko asortyment wygląda miejscami inaczej, egzotycznie, kolorowo. Na szczęście są jabłka, imbir tańszy choć może nie tak ostry jak u nas, ogóreczki małe i chude nie do końca smakujące ogórkiem, właściwie jest wszystko co znam i bardzo dużo tego czego nigdy nie widziałam i nawet nie mam pojęcia jak mogłoby się nazywać. To co w Polsce kupuję na sztuki tutaj jest na kilogramy, i oczywiście to co u nas jest tanie, tutaj tanie nie jest.
Odeszliśmy od kasy, wcześniej przy kasach obok i zaraz za nami zasunęły się rolety. Koniec zakupów.
Młodszy oczywiście chce do toalety, znając życie nie wytrzyma długo i trzeba znaleźć toaletę teraz, zaraz, już. Zapytany po drodze pan sprzątający, gdzie jest toaleta spojrzał bardzo ale to bardzo wymownie z pytaniem w spojrzeniu, przeskakując wzrokiem to na mnie to na dziecko. Aha! Bo to jest ważne. Potrzeba, potrzebą ale tutaj jak w damskim jest kolejka, żadna pani nie wejdzie do męskiego i czasami damskie toalety są w zupełnie innym miejscu niż męskie.
Starszy: Mamo, dlaczego tu nie jest napisane że to jest męska toaleta?
M: Jest napisane - men's toilet = męska toaleta.
Starszy: Ale nie ma pana na obrazku a pani jest
:)

Dzień trzeci i czwarty

Ostatnie dwa dni przed weekendem poczułam u siebie ogromny spadek formy. Wiedziałam, że przedpołudniowy spacer nie bardzo wchodzi w grę więc snułam się po domu w jedną i w drugą stronę. Dzieci miały zajęcie, to najważniejsze.
Zatęskniłam za swoim nudnym życiem. Szybko, nie?
Maria Czubaszek rozbawiła mnie trochę. Raz jeszcze dziękuję za książkę :D ktokolwiek ją wybrał trafił w dziesiątkę :)
Po 16 wybraliśmy się na spacerek, zdecydowanie lepsza pora. Na razie eksplorujemy najbliższą okolicę, więc można powiedzieć, że spacerujemy sobie uliczkami otaczającymi nasz dom.

 Chłopców wciąż cieszy każdy napotkany kot.
Starszy: Mamo, zobacz on tak troskliwie na mnie spojrzał :)

Nie to, żebym była jakoś mocno towarzyska, ale jak do tej pory spotkaliśmy tu więcej kotów niż ludzi :(


Po pracy podjechaliśmy znów do sklepu.
Starszy: Mamo, co to znaczy "excuse me bejb"? Bo pani tak do mnie powiedziała :)

Prawie pełen koszyk, zostało jeszcze znaleźć ostatnie potrzebne produkty, gdy rozległ się jakiś komunikat z głośników. Cokolwiek to oznaczało nie byłam w stanie zrozumieć. Pan Mąż spojrzał na zegarek - oho, czas na modlitwę. Mogliśmy szybko pędzić do kasy, nie kupując tego co będzie mi potrzebne, wyjść nie robiąc zakupów w ogóle albo spokojnie przeczekać. Wybraliśmy to trzecie. Na spokojnie dopakowaliśmy koszyk, w strefie płatków śniadaniowych próbowałam zlokalizować zwykłe płatki owsiane. Omajgat! Przecież za tę cenę w Polsce kupiłabym zapas na cały miesiąc.
Niestety większość tego co u nas jest względnie tanie, tutaj tanie nie jest.
Skierowaliśmy się do kas, przy których też czekało kilka osób z pełnymi koszykami.
W holu, między drzwiami wejściowymi a kasami rozłożono dywany, na których panowie modlili się.
Młodszy jęczał kiedy w końcu pójdziemy do kasy bo on tu "umarnie z pragnienia", nie wiadomo było ile to jeszcze potrwa.
Nie możemy, teraz trwają modlitwy, dopiero jak panowie skończą wówczas kasjerzy wrócą do kas i będą mogli nas obsłużyć. Chyba tego nie ogarnęli.
Do teraz hasło: jedziemy do sklepu tylko szybko się ubierajcie żeby zdążyć przed modlitwami sprawia, że chłopcy ubierają się błyskawicznie.
Młodszy powtarza, że nie lubi modlitw bo mu się wtedy strasznie męczą nogi.

Popołudnie dnia czwartego (czwartku) zaczęło nasz weekend.
Mój nastrój poszybował w górę!


Dzień drugi

Pan Mąż poszedł do pracy więc zostaliśmy sami.
Ja zajęłam się rozpakowywaniem naszych walizek i toreb, chłopcy w tym czasie bawili się w rośliny i zombiaki. Rozłożyliśmy basen dla psa, który mocno okazyjnie kupiłam w Polsce z przeznaczeniem nie na psa, nie na wodę, tylko na klocki :) więc zaczęła się zabawa w droidy i klony  
Drugie śniadanie, trzeba wyjść, przewietrzyć się. Miałam dosyć huczącego wiatraka w każdym pomieszczeniu.
Jak się okazało, godzina 10 rano nie jest dobrą porą na spacer. Kilka spotkanych po drodze kociaków skutecznie odwróciło uwagę chłopców od tego, że jest duszno, gorąco, wilgotno, ale nie na długo. Po jakichś 20 minutach spoceni, zmęczeni wróciliśmy.
Pie****ę taki spacer.

Wiem, że do wielu rzeczy będę się musiała po prostu przyzwyczaić. Niestety w tym nastroju, któremu bliżej było wówczas do pesymistycznego pozostało mi zacytować lekturę ciężkiego kalibru:
"Patrzył na mnie przed dłuższą chwilę z lekko nadąsana miną, choć nie wyglądał na specjalnie zdziwionego.
- A co się stanie, jeśli mi się nie spodoba?
- Wtedy będziesz musiał się przyzwyczaić.
- Ale jeśli się do czegoś przyzwyczaisz, to wcale nie znaczy, że to lubisz - dodał, łamiąc purpurową kredkę."

Późnym popołudniem znów ruszyliśmy na basen. Inaczej to tak.
Z radością wskoczyłam do wody.  

Koniec dnia pierwszego

Jeszcze przed przylotem chłopcy często pytali, czy możemy nie lecieć do Azji (czasem mówili do Afryki) na długo? Czy wrócimy do Polski? Jak tata przyleci to możemy tak od razu z nim nie jechać? Czy jeszcze kiedyś odwiedzimy nasze przedszkole? Czy będziemy mogli odwiedzać babcię? Czy pojedziemy jeszcze kiedyś na wakacje na biwak? Mamo, czy możesz sobie nie szukać pracy to wtedy będziesz mogła być z nami  w domu i nie będziemy musieli iść do szkoły. Nie chcemy chodzić do szkoły, nie umiemy po angielsku, nie chcemy się uczyć w szkole. Możesz nas mamo uczyć w domu?
Nie dziwiłam się dzieciom, że one to przeżywają, na swój sposób się boją. Ja też się obawiałam, ale w końcu jesteśmy znów wszyscy razem, przecież przylecieliśmy tu też ze względu na przyszłość dzieci. Damy radę!

Ze względu na pogodę, moją formę popodróżową, postanowiliśmy nie eksploatować ani siebie ani dzieci, podjechaliśmy jeszcze do jednego centrum handlowego pokazać dzieciom strefę zabaw, którą znały ze zdjęć, zjeść coś na szybko więc zdecydowaliśmy się jednak na lokalny fastfood.
Frytki nie mogą tu być dużo inne od "naszych".
Siedząc przy stoliku obserwowałam dwie kolejki. Oddzielna dla kobiet, druga większa, szersza dla mężczyzn.
Co zabawne, kobiety podchodziły, zamawiały, odchodziły ze swoją reklamówką.
Mężczyźni podchodzili, zamawiali, odchodzili z kwitkiem i ustawiali się w drugą kolejkę do czekania. 

Po południu wybraliśmy się na basen.
Takiego szaleństwa i radości dzieci brakowało mi przez ostatnie 4 miesiące.
Szaleństwom nie było końca, chłopcy nie chcieli wychodzić z wody, chyba że do miauczących kociaków, które akurat były koło basenu. (Swoją drogą bezpańskich, dzikich kotów jest tu pełno.)
Już nie upalnie, ciepło, mokro, przyjemnie.
Na koniec Starszy powiedział: Tato, a możemy tu jednak zostać trochę dłużej? Powoli zacznę się uczyć tego angielskiego.
Uśmiechnęłam się. All will be well.



Dzień pierwszy - zakupy

Po męczącej podróży pospaliśmy do 8, tylko nie pamiętam którego czasu, bo telefon przestawił mi się na tutejszą strefę czasową a zegarek musiałam przekręcić sama.
Ten dzień musiałam "odchorować", odespać, podróż, zmiana czasu, klimatu.. nie dostosowuję się szybko do wszystkich zmian. Pan Mąż nastawił cały ekspres kawy, dożylnie poproszę.
W lodówce pustka, więc chcąc nie chcąc musieliśmy zrobić pierwszą wycieczkę do pobliskiego sklepu.
Wyjeżdżając poza compound muszę zakładać abayę. Chusta na głowę jest w komplecie, ale nie muszę jej zakładać.
Wiadomo, jak najczęściej ludziom kojarzą się arabskie kobiety, słowo "ninja" zrozumie chyba każdy. I tu pozytywnie się zaskoczyłam. Moi panowie nie śmiali się z tego, nie pokazywali palcami, nie używali żadnych powszechnie znanych i rozpoznawanych określeń
Młodszy: O zobacz mamo, zamaskowana pani.
Zamaskowana pani.. spodobało mi się to, chyba nawet poczułam się dumna z mojego dziecka. Starszy: a czemu tutaj panowie chodzą w sukienkach?
Różnice, różnice. Cieszę się, że dzieci potrafią je zauważyć, nazwać i zapytać. Nawet jeśli nie zawsze wiem co odpowiedzieć :)

Ucieszyłam się, że w sklepie dostaliśmy normalne mleko, jajka, żółty ser, masło, mąkę, makaron włoski. Przeżyjemy :)
Zakręcona jeszcze nawet nie patrzyłam na ceny, chłopcy za to idealnie odnaleźli się w strefie ze słodyczami.
Choć osobiście nie jestem fanką tego brązowego wynalazku, to jednak pozwoliłam by znalazło się w naszym koszyku.

Jak by nie było MADE IN POLAND.