środa, 4 stycznia 2017

Po miesiącu

Bez względu na kierunek, emigracja jest w dzisiejszych czasach łatwiejsza. Nie pisze się listów i nie czeka na nie tygodniami, wystarczy telefon, internet i duża odległość nie jest już tak dokuczliwa. Pewnych rzeczy owszem się nie zastąpi ale nie, nie żałuję.
Gdy na początku ktoś tutaj pytał mnie jak mi się podoba, odpowiadałam, że jeszcze nie wiem, że jest to za gorąco, inaczej i że ciężko być tu kobietą. Na co jeden z kolegów Pana Męża powiedział: uwierz mi, bycie mężczyzną singlem tutaj wcale nie jest łatwe.
O kobietach też się tutaj myśli!
(w wolnym tłumaczeniu: ławka tylko dla kobiet)
Przy siedzeniach w autobusie na lotnisku też informacja: miejsca do siedzenia tylko dla kobiet i starszych. 

Po pierwszym miesiącu stwierdzam już, że życie tutaj nie jest aż tak trudne jak wydawało mi się na początku. Pewne strachy oswoiłam, niektóre okazały się tylko takimi, które mają wielkie oczy i nic poza tym. Dużo jeszcze do poznania, odkrycia przede mną. Niewykluczone, że dopadnie mnie jeszcze niejeden kryzys. Poradzę sobie. 

Odzwyczaiłam się od odruchu otwierania okna, gdy w mieszkaniu jest duszno, sprawdzamy godziny modlitw zanim gdzieś wyruszymy, szeroka gama piw bezalkoholowych smakuje tak samo jak te procentowe a i głowa nie boli.
Pogoda trochę odpuściła, wszak mamy zimę, niedługo trzeba będzie przystosować się do wyższych temperatur przy dużej wilgotności powietrza. Niestety, komary już teraz mocno dają się we znaki.
Mamo, czy w Arabii są jakieś żaby? Bo gdyby były to by się rozprawiły z tymi muchami i komarami.
 
Dzikie koty wciąż chłopców cieszą, nawet jeśli na naszym trawniku pojawi się miaucząca drużyna. Tak to jest jak się dwa dni z rzędu wystawi im resztki z obiadu.


Mamy już swoje wydeptane ścieżki, ulubiony plac zabaw, odkryliśmy mały skrót, który nazywamy „tajemnym przejściem” dzięki czemu droga do szkoły i z powrotem skróciła się, poza tym pokonujemy ją szybciej bo jazda rowerem sprawia chłopcom dużą przyjemność. A co się nabiegam, to moje! 

Starszy: jak dorosnę, zostanę rowerzystą. Bardzo lubię jeździć rowerem i jestem w tym naprawdę dobry.  

Home

Ponieważ tak często zmieniliśmy miejsce zamieszkania, myślę, że nasze dzieci nie potrafiłyby się jednoznacznie utożsamić z miejscem, które mogłyby nazwać domem.
Nasz arabski dom przywitał nas porządkiem, który zrobiłam przed wylotem:
Młodszy: mamo, a kto tak ładnie tu urządził?
M: a jak myślisz, kto w tym domu sprząta?
Młodszy: mamo, jaka ty jesteś porządna.

Wieczorny przegląd lodówki - jutro koniecznie jedziemy na zakupy.
Rano przydałaby się kawa, nie przeszkadza mi zupełnie, że jest tylko arabska.
O majgat!
Jednak nie wszystko posprzątałam. Nawet nie chcę się zastanawiać co to za coś, co podczas naszej nieobecności wyhodowało się w czajniku do kawy. Zapamiętać - nie zostawiać fusów. Brrr. Ciarki i obrzydzenie przebiegły mi po plecach.

Na zakupy wybraliśmy centrum handlowe polecone przez Panią Nauczycielkę, z ciekawymi strefami do zabawy dla dzieci, weszliśmy do kilku sklepów, tu też są promocje i przeceny. W sklepie z zabawkami dzieci biegały pomiędzy półkami próbując jednak renegocjować warunek: wejdziemy pooglądać, ale nic nie kupujemy, zgoda? Gdzieś w oddali dobiegły do mnie strzępki rozmowy - Pan Mąż w przypływie dobrego humoru rzucił: chłopcy jak przeczytacie mi jedną stronę z książeczki albo powiecie wierszyk po angielsku to przyjadę tu i kupię Wam jedną wybraną zabawkę.
Zupełnie nie „zajarzyłam” czemu po chwili dzieci obskoczyły mnie z dziwnymi pytaniami:
Starszy: Mamo, jak jest po angielsku „bałwan”?
Starszy: Mamo, jak jest po angielsku „las”?
Młodszy: Mamo, jak jest po angielsku „ni mniej, ni więcej”?
Myślę sobie - chłopcy wyluzujcie.
Starszy: Tato, tato ja ci powiem wierszyk. Ten snowman.. Mamo, ale jak jest po angielsku „ni mniej, ni więcej”?

Zaskoczyło. Zaczęłam się śmiać.
Dziesięć bałwanków było w jednym lesie,
ni mniej, ni więcej, tylko właśnie dziesięć.

Wyciągnęłam listę zakupową, sprawdzamy najbliższy czas modlitwy. Mamy jakieś czterdzieści minut - lecimy do spożywczego.
Rzutem na taśmę zdążyliśmy. Za kilkoma kasami zasłonięto rolety sklepu, a ponieważ już staliśmy w kolejce musieliśmy zostać obsłużeni.
Tutaj, na końcu każdej kasy stoi pracownik odpowiedzialny za zapakowanie naszych zakupów do reklamówek. Podobno nawet mają obowiązek doprowadzić wózek do auta, nie wiem ile jest w tym prawdy, ale nie raz widziałam takiego pana w sklepowej koszulce niosącego torby zakupowe za panią w czerni. Nie wiem czy było to spowodowane czasem modlitwy, regulaminem sklepu czy jakimiś innymi obostrzeniami, lecz gdy nasz koszyk był już załadowany a zakupy zapłacone, pan pakujący powiedział, że teraz nie możemy jechać wózkiem po terenie centrum handlowego. Zapytał w której części zaparkowaliśmy, poprosił Pana Męża, żeby za pięć minut był przy naszym wyjściu a on jakąś inną drogą dostarczy tam wózek.
Dziwne, ale ok. Ja zabrałam dzieci do jednej ze stref zabaw, na szczęście wcześniej kupiliśmy bilety na dostępne tam atrakcje, teraz nikt by nam ich nie sprzedał.
Po atrakcjach i obiedzie wróciliśmy do domu, chłopcy zajęli się zabawą prezentami od Mikołaja, a ja rozpakowywaniem walizek.
Kilogramy książek, zabawki, gry, czapki, ubrania... Znajome przedmioty wokół budują poczucie bezpieczeństwa, komfortu, świadomości że jednak, mimo wszystko, jesteśmy u siebie, nawet jeśli to nie do końca jest „nasz dom”.


Wypakowuję prezent od mojej ulubionej Malwinki:

Świąteczne podróżowanie

Na terenie compoundu obchodzenie „naszych” Świąt jest tolerowane i akceptowane, widzieliśmy na nielicznych drzwiach stroiki z bombek i lampek, lecz nie uświadczyliśmy nigdzie choinki. Jak ktoś napisał na forum „ciężko jest obchodzić Święta w kraju, w którym nie jest to mile widziane”, dlatego kto może wyjeżdża, lecz my nie z tego powodu na Święta polecieliśmy do Polski. Nie było innej opcji! Dzieci tęskniły za najbliższymi, poza tym, czy istnieje arabski Mikołaj i czy znalazłby ich tutaj?
Z zamówieniem biletów do Polski musieliśmy poczekać aż będą gotowe moje i chłopców dokumenty rezydentów, żeby bez problemu móc wyjechać i wrócić. Gdy w końcu mieliśmy wszystkie istotne papiery, Pan Mąż wybrał taki lot, że ostatecznie bardziej wymęczył nas sam wyjazd z Warszawy i dotarcie do domu niż cała podróż samolotem łącznie z przesiadką.
Check in, oddajemy bagaże zostając tylko z podręczną walizką i plecakiem. Ponieważ wylot mieliśmy dość późno, wybudzone, w nie najlepszych humorach dzieci przytulały się do mnie chcąc jak najszybciej znaleźć się w samolocie i zasnąć.
Kontrola paszportowa – na szczęście jeden z panów wbijających pieczątki do paszportów krzyknął do nas: family please!, wywabiając nas z kolejki. Przechodzimy dalej.
Kontrola bagaży podręcznych, dzieci korytarzykami z barierek idą z tatą a ja do kolejki dla kobiet. W małym pomieszczeniu zdejmuję buty, staję w rozkroku z rękami na boki, jedna kobieta sprawdza mój bagaż, druga przejeżdża mnie jakimś wykrywaczem, maca nogawki od spodni. Ok, you can go.
Jeszcze jedna taka sama kontrola przed wejściem do samolotu. Dzieci zapadły w sen jeszcze przed startem. Kolorowych snów :)

Gdy samolot podchodził do lądowania w Warszawie Młodszy wyjrzał przez okno i zapytał: mamo, czy to jest Polska? A gdy czekaliśmy na bagaże upewniał się: mamo, czy tutaj wszyscy mówią i rozumieją po polsku?
Liczyliśmy na śnieg, niestety nie tym razem. Zimowe kombinezony, czapki i rękawiczki zostały obok sanek, może uda się w przyszłym roku?

Nie zdążyłam się przyzwyczaić na tyle do życia w Arabii by, pomimo gorszej pogody w Polsce, tęsknić za ciepłym krajem, lecz zdążyłam przywyknąć na tyle by po jakimś czasie już chcieć wracać.
Spotkałam się z tymi, z którymi chciałam się zobaczyć a ogromna radość z przebywania w towarzystwie przyjaciół, nawet jeśli człowiek zasypia przy stole między jednym zdaniem a drugim, naładowała mi akumulatory tak bardzo, że wystarczy do kolejnego spotkania. W międzyczasie pozostają nam maile, komunikatory. Da się żyć!
Arabskie powietrze przywiezione w walizkach wypełniliśmy rzeczami, które chcieliśmy zabrać, dzięki sporządzanej na bieżąco liście nie zapomniałam o niczym czego mi brakowało, choć o mały włos dzieci nie pojechały w zimowych butach bez letnich na przebranie.
Przypominam sobie miłe pożegnanie – pa pa Biblioteko! Pół walizki wypełnione książkami, które dostaliśmy w prezentach i które pożyczyłam od mojej ulubionej Ewuni :) Zdecydowanie w nowym roku podniosę polską średnią krajową w kategorii ilości przeczytanych książek.

Gdy na lotnisku w Jeddah foliowaliśmy foteliki samochodowe na czas podróży, wydanie 20 SAR za sztukę wydało mi się przesadnie dużo, szczególnie że w Polsce została rolka folii stretchowej która spokojnie starczyłaby nam na kilka takich „operacji”. Co zrobić? Płacić. W drodze powrotnej okazało się, że koszt tej samej usługi na lotnisku w Warszawie wynosi 50 PLN! za sztukę! Co zrobić? Podziękowaliśmy, mam nadzieję fotelikom nic się nie stanie, a nam aż tak się w d***ch nie poprzewracało. Mieć stówę a nie mieć to już dwie stówy, jak zwykł mawiać w takich sytuacjach Pan Mąż. Chwilę potem kupiłam najdroższe w swoim życiu dwa jajka niespodzianki i dwa lizaki. O majgat!
Kontrola paszportowa – w jakim celu Państwo lecicie do Arabii? Ok, dziękuję. Enjoy the heat! Przed wejściem do samolotu kierunek Jeddah, jeszcze raz kontrola dokumentów, sprawdzanie wiz, pytanie jak długo byliśmy poza Arabią.
Takie procedury.
Chłopcy dość dobrze znieśli lot, szczególnie, że w tę stronę lecieliśmy w ciągu dnia. Oni naprawdę są bardzo dzielni.
Podchodzimy do lądowania. Czas wyciągnąć abayę. Poczułam się jakoś dziwnie, nawet nie potrafię opisać tego uczucia; gdy wyjeżdżamy poza compound jest to normalne, tu w samolocie musiałam się przeobrazić z dresiary w abayarę, jeszcze przed chwilą każdy mógł mnie zobaczyć w normalnym stroju a za chwilę już nie będzie mógł. Maskuję się, przeobrażam się. Nie tylko ja. Chwilę później czuję się już normalnie a dodatkowo przestałam się przejmować poświątecznymi kilogramami extra i przestałam wciągać brzuch :) Niestety, Święta tradycyjnie i nieodłącznie związane są z siedzeniem przy stole i wtłaczaniem w siebie takiej ilości pożywienia, jaka normalnie starczyłaby na przynajmniej dwa razy dłużej.
Okrzyki Młodszego wyciągnęły mnie z myślenia: Mamo, mamo! Arabia!

Włączyłam telefon, sms od operatora:

Mobily welcomes you back home!  

Ludzie

Tak, to bardzo często inni ludzie sprawiają, że nasze życie jest bardziej lub mniej do zniesienia.
Ciekawa praca za nie najgorsze pieniądze stanie się męcząca z powodu beznadziejnej, żeby nie powiedzieć głupiej, szefowej, fajne mieszkanie i jego lokalizacja uciążliwe przez sąsiadującą patologię a zwykłe zakupy w supermarkecie będą niezwykłe, gdy za kasą siedzi nieprzeciętna kasjerka.
Podczas naszych pierwszych tygodni często pytano mnie – jak ludzie tutaj? I czy oni tak w ogóle tutaj są, bo zdjęcia, które rozsyłałam, najczęściej jednak pokazywały pustkę na ulicach i chodnikach. Odpowiadałam, zgodnie z prawdą, że właściwie, hmmm, że właściwie spotykamy tu więcej kotów niż ludzi, więc trudno o jakiekolwiek odczucia bądź spostrzeżenia. Najwięcej ludzi widuję podczas zakupów, więc niełatwo jest ocenić kogokolwiek przez pryzmat sekund, gdy tylko mijamy się w sklepie. Nie, tak naprawdę to łatwo, bardzo łatwo jest oceniać, trudno natomiast, na podstawie niewielu danych wejściowych wyciągnąć właściwe wnioski.
Pan Mąż twierdzi, że ludzie tutaj są ok, on nie ma zastrzeżeń a nawet darzy ich jakąś swoistą sympatią. W sumie, nie spotkaliśmy się do tej pory z żadnym przejawem niechęci, nietolerancji, niegrzeczności a wręcz przeciwnie.
Kilka zakupów z rzędu próbowałam znaleźć olej kokosowy, wydało mi się to aż niemożliwe, żeby pośród wszystkich innych tworów z kokosa nie znaleźć oleju. W jednym z marketów Pan Mąż zapytał kogoś z obsługi sklepu gdzie coś takiego znaleźć, niedaleko przechodziła kobieta z zakrytymi włosami, słysząc pytanie Pana Męża podeszła do niego i nie dość, że wytłumaczyła w którym dziale, na której półce i w jakiej butelce (z pewnością poległam w poszukiwaniach, ponieważ szukałam oleju w słoiku), to jeszcze wymieniła nam inne sklepy, w których będziemy mogli znaleźć w razie potrzeby lepszy olej a także inne produkty. Owszem spotykałam się z podobnymi zachowaniami także w Polsce, ale tutaj było to dla mnie dodatkowo ważne.
Spośród wszystkich moich wyjazdów zawsze bardzo miło wspominam mieszkańców Lizbony, którzy pomimo tego, że nie posługiwali się językiem, który potrafiłam zrozumieć, sami proponowali pomoc, na migi udzielali wskazówek, prowadzili, gdy z moim ulubionym Jabłuszkiem :) i innymi turystami wędrowaliśmy z planem miasta, próbując dotrzeć już nie pamiętam dokąd. Ludzka bezinteresowność, chęć pomocy mimo choćby komunikacyjnych przeszkód, życzliwość i sympatia a do tego wszystkiego uśmiech. Tak, to lubię.
Niedawno jedna z nauczycielek podczas popołudniowej krótkiej wymiany uprzejmości zapytała jak nam się tu podoba, jak się odnajdujemy, jak nasze wrażenia i czy byliśmy gdzieś poza naszym compoundem; ostatecznie ta pozorna pogawędka przekształciła się w bardzo miłą i ciekawą rozmowę. Z inicjatywy Pani Nauczycielki wymieniłyśmy się numerami telefonów, powiedziała, że jeśli będę miała jakieś pytania mogę śmiało pytać, zaproponowała, że chętnie wskaże, pokaże mi kilka ciekawych miejsc, gdzie możemy jechać czy wybrać się z dziećmi, gdzie najlepiej robić zakupy, gdzie kupić „fancy abays”, nauczy mnie kiedyś jak robić arabską kawę a nawet bardzo chętnie umówi się z nami w któryś weekend, żeby nasze rodziny mogły się spotkać. „Nie jesteś już tutaj sama, teraz znasz mnie”.
Byłam już kiedyś w takiej sytuacji i wiem, że nie muszę się z kimś regularnie spotykać, rozmawiać (choć od czasu do czasu jest to nawet wskazane), regularnie podtrzymywać znajomości, lecz sama świadomość tego, że w razie potrzeby mam się do kogo odezwać robi naprawdę dużo.
To są tylko chwile, sekundy, minuty, kiedy właśnie w tym a nie innym momencie, na naszej drodze pojawia się człowiek, nierzadko pozornie przypadkowo i bez znaczenia. Bez względu na to, czy pojawi się w naszym życiu na minutę, siedem miesięcy czy kilka lat, te chwile i to jak je wykorzystamy, mogą być początkiem czegoś większego.
Ja jestem w Arabii dzięki Panu Mężowi, ale on beze mnie byłby dzisiaj zupełnie gdzieś indziej.


Jeszcze tego samego popołudnia Pani Nauczycielka przesłała mi komunikatorem kilka linków, ciepłych słów a przed weekendem propozycję spotkania. Poczułam jak spada mi z pleców kolejny ciężar a perspektywa dalszego życia tutaj nabrała nowego koloru.  

piątek, 16 grudnia 2016

Fakieh Aquarium i miszczowie parkowania

Jeddah, czy jak kto woli Dżudda, to nie tylko compound w którym mieszkamy (chociaż faktem jest, że to właśnie tu spędzamy najwięcej naszego czasu), lecz duże miasto, którego pewnie w całości raczej i tak nie uda nam się poznać, zwiedzić, obejrzeć.
Jak w każdym nowym miejscu, do którego się przenosiliśmy, próbuję wyszukiwać miejsca przyjazne rodzinom i ich dzieciom. Kiedyś wystarczyło spakować plecak prowiantu, sprawdzić połączenia tramwajem, podmiejskim autobusem i wycieczka gotowa; na dodatek żaden z panów nawet nie wpadł na pomysł by protestować. Teraz, propozycja nawet jeszcze nie wysłuchana do końca zaczyna się jęczeniem i marudzeniem. Przecież lokalny basen wciąż jest dla chłopców atrakcją, szczególnie, że: jest blisko, można dojść tam na nogach i nie trzeba martwić się godzinami modlitw a poza tym, są tam Miluś i Piękniuś, dwa lokalne kotki, którym chłopcy kupują saszetki z kocią karmą i które gdy tylko nas widzą przybiegają miaucząc i zaglądają nam do plecaków i toreb.

W miniony weekend, pomimo standardowego jęczenia i marudzenia postanowiliśmy zabrać chłopców do tutejszego http://fakiehaquarium.com/

Zachwytom, łałom, achom i ochom nie było końca. Owszem robi duże wrażenie, lecz ja do dziś nie zapomnę wizyty w lizbońskim oceanarium, które choć nawet nie wiem czy większe czy mniejsze od tego, dla mnie wciąż pozostaje najpiękniejszym, jakie do tej pory widziałam (których wcale dużo nie było).
Mamo, zobacz to, zobacz to! Szybko, chodź do mnie, musisz to zobaczyć! Ble, fuj, ochyda! Wow! O, jaaa! Fuja! Aleee! Łaaaaaał!
Dużo ciekawych okazów wzbudzało nie tylko ich zachwyt, lecz także obrzydzenie, mimo wszystko każdemu przyglądali się z dużym zainteresowaniem. Ostatecznie w konkursie najciekawszych wspomnień z wycieczki wygrała stone fish, znana jako najbardziej jadowita ryba na świecie, która w ciągu 5 minut potrafi zabić swoim jadem dorosłego człowieka. Nie dość, że niebezpieczna to na dodatek brzydka.
Pobyt zakończyliśmy oglądając występy artystyczne fok i delfinów, które chyba zawsze wywołują uśmiech na twarzach nie tylko dzieci.
Starszy: Możemy tu jeszcze jutro przyjechać?

Przed wyjściem okazało się, że chłopcy "posiali" gdzieś swoje czapki, nie wyobrażałam sobie kolejnej wyprawy do sklepów, więc Pan Mąż poszedł ich szukać a my na tarasie obserwowaliśmy jak Morze Czerwone wyrzuca na skały małe rybki, kraby i jakieś inne istoty żyjące w wodzie.

Do parkingu wracaliśmy deptakiem, na którym pełno było piknikujących rodzin, co - jak słyszałam - jest tu dość popularne.
Rozłożone rzędami dywany i klęczący ludzie oznaczało jedno: właśnie jest czas modlitwy.

Chłopcy szczęśliwi, choć zmęczeni - do samochodu i do domu. Proste? Gdy dotarliśmy do naszego auta (ten dach z antenką) okazało się, że nie, to nie do końca takie proste.
Z każdej strony byliśmy otoczeni zaparkowanymi pojazdami bez kierowców w środku, przed nami drzewo, latarnia.
Pan Mąż powiedział, że jak jest czas modlitwy, to kierowcy z pewnością zaparkowali auta i poszli się modlić. Jedyne co nam pozostało - czekać (mając nadzieję, że to nie auta piknikujących rodzin), ewentualnie się pomodlić w trakcie czekania.

Po kilku, a może kilkunastu minutach zaczęli wracać kierowcy zaparkowanych samochodów, poza tym z lewej i z tyłu bezpośrednio za nami. Gdy wyjechały trzy auta (kierowca tego za nami nie zjawił się do naszego odjazdu), pojawiła się szansa na nasz wyjazd, tylko trzeba się było mocno namanewrować. Z pomocą przybyło trzech mężczyzn, którym być może nasz wyjazd ułatwiłby ich wyjazd, którzy być może akurat stali tam i postanowili pomóc albo być może wydawało im się, że kobieta nie pokieruje kierowcy wystarczająco dobrze? Mniejsza o powód, najważniejsze, że się udało.

Co ciekawe, żaden z przybyłych kierowców, których auta były zastawione innymi nie krzyczał, nie dzwonił na policję, nie robił awantury kierowcom gdy ci już wrócili do swoich pojazdów, nikt nie przyklejał karnych ku***ów. Kto mógł poczekał, kto nie mógł manewrował tak długo, tak uparcie aż wyjechał.

Niby normalne, a jednak dziwne.

czwartek, 15 grudnia 2016

Uff, weekend

Minął nam kolejny tydzień. Mnie, niestety, dopadł od wczoraj jakiś kryzys. Nie z takimi dawałam sobie radę, więc i tym razem nie będzie inaczej. Właściwie, to już czuję jak odchodzi :) go away scary monster, go away! go away scary monster, go away! ...
Jest przecież wieczór. Czwartek, czwarteczek, czwartunio - weekend!

W tym tygodniu musiałam zrobić w szpitalu badania lekarskie niezbędne do tutejszych dokumentów. Na szczęście Pan Mąż pojechał ze mną, zamiast wysłać mnie z kierowcą, więc stres odczuwalny był mniejszy niż faktycznie posiadany.
Nie wiem dokładnie co sprawdzano, tzn. wiem co mi badano, ale nie wiem w jakim celu. Dostałam do napełnienia trzy pojemniczki, potem pani pielęgniarka w boxie opisanym jako female pobrała mi całą wielką strzykawkę krwi. Podejrzewam, że nie była ona tak naprawdę wielka, ale gdy odwróciłam wzrok od ścianki gdy skończyła i zobaczyłam całą napełnioną, to pewnie strzykawka urosła w moich oczach. Z uwagi na przynajmniej dwukrotne (o ile nie trzykrotne) fatalne doświadczenie z tym jak się kończyło u mnie pobieranie krwi gdy patrzyłam, to nie patrzę :)
Poczekalnie pod gabinetami oddzielne - poczekalnia męska i poczekalnia damska.
Jakieś badanie podczas którego podłączono mnie do bąbelków przyczepionych do kabelków, które z kolei były podłączone do jakiejś skrzynki, z której wyszedł wydruk, wykonane było w pomieszczeniu, na którym na drzwiach była tabliczka - female section, w środku same kobiety, badające inne kobiety. Panom dziękujemy. Była głodna, niech to się już skończy.
Na szczęście dzięki pomocy Pana Męża udało się przejść przez wszystko sprawnie i względnie szybko.

***
W szkole Młodszy polubił się z jedną koleżanką, pani mówi, że ciągle ze sobą "rozmawiają" i ewidentnie się lubią. Młodszy mówił, że on ją tylko ganiał na placu zabaw.
Dwa dni później ganiał już dwie koleżanki.

Gdy byliśmy na placu zabaw, bawiła się grupka chłopców w podobnym wieku lecz chłopcy nie chcieli spróbować dołączyć. Pani Starszego powiedziała, że to dziwne, bo w szkole uczestniczy w zabawach z innymi dziećmi (choć najczęściej siada pod płotkiem obserwując małe kociaki, które pomieszkują na terenie szkoły), a nawet po swojemu próbuje pilnować porządku: "Mustafa, stop!". Widać po nim, że denerwuje go gdy nie może wyrazić tego co chce powiedzieć, ale mimo wszystko świetnie sobie radzi.

***

Dziś na rozpoczęcie weekendu zrobiliśmy sobie przydomowy plac zabaw, kartony z Ikei są idealne! W ruch poszedł młotek, śrubokręty oraz woda. Kartonowa breja jest naprawdę super.


Po południu, natomiast, ruszyliśmy rowerkami na plac zabaw.


Zabawki świetnie integrują. Nie wiem czy zabawa pistoletami jest tu poprawna politycznie :) ale strzelających do siebie chłopców, niczym cień zaczął ktoś śledzić. Starszy na początku chyba nie chciał by chłopiec się z nimi bawił i stojąc pod słupem zaczął śpiewać: go away scary monster, go away.. Lecz chłopiec zdecydowanie potraktował to jako zaproszenie do zabawy w monstery i zombiaki, na dodatek miał ze sobą wielką pakę popcornu. Wkupiony!

Szybko znaleźli wspólny język: psstrz, psstrzrz, pssstrz!
Starszy: let's go, let's go! pstrz, psstrzrzrz! it's a spider!
Psstrz, psstrzrz, pssstrz! No, no, no! Psstrz, pssstrzrzrz, pstrzrz! zombie, zombie! pstrz, psstrzrzrz!!
Ganiali tak przez dobre pół godziny.
Oni się bawili, a ja dziś po raz pierwszy zmarzłam. Dziwne, przy 26 stopniach. Jakiś taki chłodny wiatr zawiał. Przecież jest zima.

Młodszy: maaaamo, maaaaamooooooo! jak jest po angielsku epicki?

środa, 7 grudnia 2016

Szkoła, szkoła

Jutro ostatni dzień przed weekendem.

Chłopcy raz lepiej, raz gorzej reagują na hasło: szkoła. Cieszy ich nadchodzący weekend, oraz dni, w których są w szkole krócej i codziennie słyszę: mamo, czy możesz nas dziś odebrać wcześniej?
(I): Mamo, czy możesz nas jutro odebrać o pierwszej?
M: Tak, odbiorę Was jutro o pierwszej.
(B): Ale o pierwszej, a nie o pierwszej dwadzieścia.

Oczywiście nie przypisuję tego tylko i wyłącznie nowej szkole, nowemu klimatowi, nowemu otoczeniu, ponieważ pamiętam wiele miesięcy, dzień w dzień, pytań Młodszego: mamo, czy nie idziemy jutro do przedszkola? mamo, jaki jest jutro dzień tygodnia? mamo, kiedy się skończy rok szkolny? mamo, a czy jak się obudzimy to nie idziemy do przedszkola?...

Czasem Młodszy zrobi zasmuconą minkę ze łzami bliskimi zalania policzków małym potoczkiem, lecz panie mają na niego jakieś magiczne sposoby. Wciąż słyszę: mamo, nie rozumiem co oni do mnie mówią, nie umiem tego angielskiego, mamo przecież mówiłaś, że będziesz nas tu uczyć polskiego a nas nie uczysz bo ten angielski to jest taki trudny...
W rozmowach z paniami słyszę pochwały, że dzieci się starają, że wykonują polecenia, że próbują coś komunikować, powtarzać,  śpiewać, że są mądre i stopniowo się zaadoptują, potrzeba czasu, cierpliwości, zrozumienia i spokoju. Oni sami sobie też pomagają a nawet cały personel robi wiele by im pomóc i zrozumieć ich potrzeby.

Wczoraj wszyscy odrabialiśmy pierwszy raz lekcje, co się nawkurzałam to moje ;-) a efekt jest taki




Gdy dziś ich odebrałam, Młodszy wybiegł na korytarzyk prowadzący do jego klasy, wskazał na kociaki, które czasem się tam pokazują i zawołał: mamo, it's a cat!

Starszy zszedł z góry, chciał jeszcze chwilę pobawić się na placu zabaw, gdy ja rozmawiałam z jego panią.

Czas do domu, idziemy, na co Młodszy wołając brata:

- Let's chodź!