środa, 21 czerwca 2017

Wakacje

Spakowani.
Nie lubię się pakować. Znajoma powiedziała, zobaczysz jak wrócisz - rozpakowywanie jest jeszcze gorsze. Nie wiem co gorsze, faktem jest, że rozpakowywanie może poczekać, pakowanie nie może. 
Przed przylotem tu, ciężko mi było uwierzyć i wyobrazić sobie,  że ciepłe bluzy, kurtki, jeansy naprawdę się nie przydadzą i się nie przydały. Fakt, założyłam dżinsy na siebie raz czy dwa, ale tylko dlatego, że nie wypadało założyć dresów, więc niewykorzystywaną część garderoby zabieram z powrotem. Z przyjemnością wybiorę się na zakupy, bo teraz już wiem co naprawdę jest mi tu potrzebne. Taka oto weryfikacja. 
Śmiejemy się z koleżanką, że zaraz po przyjeździe pójdę na zakupy i będę nacieszać się przymierzalniami w sklepach, bo tu ich nie ma (zdarzają się ale bardzo, bardzo, bardzo sporadycznie), więc będzie czym zapełnić miejsce w walizkach. Gdy ostatnio jeden z serwisów straszył afrykańskimi temperaturami w Polsce w granicach 29 stopni, u nas termometry wskazywały 35 a może i więcej; spacer w takich warunkach do najprzyjemniejszych nie należy, a lato dopiero się zaczyna.
Miło będzie zobaczyć się z najbliższymi oraz z tymi, którzy stali mi się bliżsi przez te miesiące naszej emigracji. Duża odległość zbliża 😀Moja najukochańsza Przyjaciółka mówi - Jak zamieszkałaś tysiące km stąd to w końcu może się będziemy częściej widywać:)

"Wszystko się dzieje po coś". 
Jest super, dziękuję. 



sobota, 17 czerwca 2017

Zapasy na lato, czyli słówko o daktylach

Nasze wakacje w Polsce już bliżej niż dalej. Fajnie będzie stąd wyjechać, ale równie fajnie będzie tu po wakacjach wrócić. 

Dziś wybraliśmy się po zapasy przed wyjazdem, a przy okazji też i po nowe doświadczenie, do miejsca, które zapisuję w 'moich ulubionych' - Jeddah Dates Market
W moim życiu przed Arabią, daktyle towarzyszyły mi przede wszystkim jako wspomnienie wierszyka Pani Wawiłow z rysunkami Pana Lutczyna, z dziecięcej książeczki:
"Gdzie się podziały moje daktyle? 
Może je zjadły straszne goryle?
Z okropnym rykiem do domu wpadły,
moje daktyle bezczelnie zjadły! (...)" 
Nawet nie pamiętam kiedy wcześniej jadłam je po raz ostatni i ile razy w życiu jadłam daktyle. Gdyby nie wyjazd i moja ulubiona Aneczka, to prawdopodobnie do dziś bezczelnie i po kryjomu objadałabym się mmsami, śliwkami i wafelkami w czekoladzie albo czekoladkami, które najczęściej wieczorem lądują w okolicy naszego łóżka. O majgat! ;-) a na wspomnienie o daktylach, tylko zjeżyłaby mi sie palma na głowie. 
Dopiero tutaj dowiedziałam się, jak bardzo ograniczona jest moja wiedza i wyobrażenie na ten temat. Tutaj, nie wystarczy pójść do sklepu i poprosić o daktyle, bo daktyl, daktylowi nierówny; jest tu kilka-kilkanaście najbardziej popularnych odmian, lecz szacuje się, że na świecie jest ich ponad trzy tysiące. 
Wszystkich bardziej zainteresowanych zapraszam do bloga Aneczki, która bardziej niż ja zgłębiła temat - Daktyl niejedno ma imię

Natomiast teraz nie wyobrażam sobie, żeby w mojej piramidzie żywieniowej zabrakło tego "dobrodziejstwa". Dziś wybraliśmy się więc na ryneczek. Skupione w jednym miejscu, daktylowe zagłębie, kumulacja, sklepik obok sklepiku, z szyldami w języku arabskim, w powietrzu rozchodzące się zapachy kawy, daktyli, kardamonu. Gdyby nie marudzące dzieci, z chęcią przeszłabym się spokojnie, zajrzała do kilku sklepów i ucieszyła oko a tak skończyło się na jednym, bo - mamo, przecież już kupiłaś daktyle. Do drugiego sklepiku, pod którym zaparkowaliśmy wskoczyłam na szybko, gdy Pan Mąż zapinał chłopców w fotelikach. Wrócę tu po wakacjach i zrobię zapasy na kilka tygodni.

Oczywiście miałam przygotowaną listę z wyszczególnieniem kilku rodzajów, które na pewno chciałam kupić, i co z tego, skoro w sklepie nic nie było podpisane a wymawiane nazwy nie brzmiały tak, jak wydawało mi się, że powinny brzmieć. Młody Pan Sprzedawca słabo mówił po angielsku a my słabo rozumieliśmy po arabsku. Jakiś mężczyzna, być może Drugi Sprzedawca, stojący za Panem Mężem, opowiedział nam ładną, zrozumiałą angielszczyzną o kilku rodzajach daktyli, zapytał czy chcemy dla siebie czy na prezent, polecił nam trzy z nich, po czym zabrał swoje pudełko z daktylami, zapłacił i wyszedł. Między naszymi wyborami wszedł kolejny mężczyzna, suchając naszych pytań, zaczął odpowiadać, polecił nam ciasteczka, kawę, sprawił wrażenie Kompetentnego Sprzedawcy, zapytał skąd jesteśmy, później wręczył Panu Mężowi paczkę daktyli, mówiąc - to dla Ciebie, bardzo smaczne z migdałami w środku, w prezencie ode mnie. Zdziwiłam się, choć pomyślałam - miło, miło, taka obsługa klienta to ja rozumiem. Zanim wybrałam ostatni rodzaj daktyla, "Kompetentny Sprzedawca" zapłacił za swoje daktyle i za te sprezentowane Panu Mężowi, pożegnał się i wyszedł. Zostaliśmy w środku z kompletnym zaskoczeniem na twarzy. Tak, to było miłe. Dwoje ludzi, którzy tak jak my byli tu klientami, którzy równie dobrze w nosie mogliby mieć to, że nie wiemy co jest co, że nie rozumiemy tego co mówi do nas Pan Sprzedawca, okazali się być dla nas po prostu ludźmi. Może to aura wciąż trwającego Ramadanu, pełnego dobrych uczynków, a może po prostu trafiamy tu na dobrych ludzi.
A wieczorem wybraliśmy się na spacer, z widokiem na najwyższą fontannę świata - Fontannę Króla Fahda, który zakończyliśmy smaczną, rodzinną kolacją. 
Młodszy: mamo, możesz już się czegoś napić?
Tak.
Starszy: już nie ma słońca, to można
:-)

czwartek, 15 czerwca 2017

W trakcie Ramadanu

Ramadan trwa, a życie tu zwolniło, choć i tak nie jest aż tak źle, jak obawiałam się, że będzie.
Chłopcy mają zajęcia w szkole trochę później, więc rano śpimy do bólu; właściwie to nie śpimy długo ale dobrze by było. Nawet przy pobudce o siódmej trzydzieści, wylegujemy się jeszcze, bez wyrzutów sumienia i pośpiechu.
Mamo, położysz się ze mną jeszcze?
Tak.
A zrobisz mi kakao?
Tak.
A poleżysz ze mną jeszcze?
To najpierw kakao czy leżenie?
Najpierw leżenie, później kakao :)
I wtula się jeden tygrysek z jednej strony, drugi z drugiej, opowiadają o swoich snach albo po raz kolejny tłumaczą mi zasady jakiejś gry, albo leżymy nie mówiąc nic, czasem jeszcze Kićka wskoczy mi „na klatę” ale najczęściej tylko po to, by głośnym miauczeniem przypomnieć, że już najwyższa pora na śniadanie, a ja uśmiecham się, naprawdę spokojna i pełna dobrych myśli.

Moja bardzo ulubiona koleżanka Agnieszka, której pytania, odpowiedzi, przemyślenia zawsze trafiały we właściwe sedno, zapytała mnie ostatnio: Może potrzebowałaś tam pojechać, żeby się właśnie poczuć bezpiecznie? Bo tak właśnie „brzmisz”, jakbyś Ty osobiście zaczynała czuć się „życiowo” spokojnie i bezpiecznie. Dobrze to odbieram? Myślisz, że potrzebowałaś pojechać tak daleko po to, czy tam tak wygląda życie że takie poczucie bezpieczeństwa łatwiej osiągnąć?

I to jest zdecydowanie najtrafniejsze podsumowanie naszego pobytu tutaj.

*

Ramadan. Życie w mieście też ma teraz inne ramy czasowe, bo miasto zaczyna żyć dopiero wieczorem. Nie wszędzie zrobimy zakupy, nie kupimy raczej jedzenia w weekendowe przedpołudnie (chyba że jakąś mrożonkę w naszym sklepie albo pobliskim, które na szczęście funkcjonują w normalnych godzinach), a nawet jeśli kupimy, to na mieście nie zjemy, Pan Mąż jeździ na wizyty do stomatologa na dwudziestą drugą czasem dwudziestą trzecią, bo przed dwudziestą pierwszą nie otwierają. Ja do sklepu poza compoundem wybieram się z mniejszym strachem na ramieniu, bo choć samochody wciąż jeżdżą, to jednak natężenie ruchu jest dużo, dużo mniejsze, co daje sporą szansę na spokojne przejście przez jezdnię zamiast stresującego biegu.

Lecz nawet i tutaj może zdarzyć się tak, że nawet pomimo najszczerszych chęci nic nie idzie tak, jak iść powinno. Młodszy obudził się z wysoką temperaturą, a ponieważ Pan Mąż był już w pracy i nie miałam jak dostarczyć Starszego do szkoły, wszyscy zostaliśmy w domu. Podany ibuprofen zbyt szybko przestał działać i temperatura – wcześniej niż się spodziewałam – na nowo skoczyła; w międzyczasie konsultacja whatsapp czy można podać kolejną dawkę jeśli nie minęło jeszcze tyle czasu ile powinno, niby można (pilnując max dawki dobowej) ale lepiej podać paracetamol, którego nie mam, nie mam nawet blisko apteki. Zadzwoniłabym po taksówkę, ale nie mam nic na koncie. Piszę po whatsappie do znajomej, czy mogłaby zadzwonić do swojego znajomego taksówkarza i poprosić, żeby pojechał do apteki. Ona nie może rozmawiać, więc przesyła mi jego numer telefonu. Kur**. Zadzwoniłabym, ale przecież nie mam nic na koncie. Dobra znajoma, bardzo dobra, taksówkarz trąbi, ja wybiegam, na kartce piszę co ma kupić, wraca za około piętnaście minut, 20 Riyali za kurs. To bez znaczenia. W międzyczasie weterynarz potwierdza, że będzie o 4.30 i o tej godzinie pisze, że jest przy bramie wjazdowej do compoundu i żebym podała swój numer wewnętrzny, bo ochrona musi potwierdzić, że on jedzie tam gdzie mówi, że jedzie. Nie mam numeru wewnętrznego, bo nie mam telefonu stacjonarnego. Dzwoni. Mówię, żeby podał Pana Ochroniarza do swojego telefonu to ja z nim porozmawiam, ale Pan Ochroniarz odmawia takiej weryfikacji mam albo zadzwonić z wewnętrznego albo przyjechać. Piszę do Pana Męża, nic nie może teraz zrobić bo ma spotkanie. Nie mam jak oddzwonić do Pana Weterynarza, Pan Mąż zabrał kluczyki od drugiego auta więc nie mam nawet jak pojechać, zadzwoniłabym po taksówkę, żeby mnie pod bramę zawiozła ale nie mam jak. Wychodzę przed dom, ale jak nigdy nie ma w pobliżu żadnej taksówki, nie dojdę ani nie dobiegnę do bramy bo nie zostawię dzieci w domu, a nie wsadzę na rowery jednego chorego. Nie mam nawet jak oddzwonić, na szczęście Pan Weterynarz sam dzwoni, mówi, że nie będzie czekał, ja go przepraszam, umówimy się na jeszcze jeden termin w bardziej sprzyjających okolicznościach. (Ostatecznie umawiam się później, dzieci w szkole i całe szczęście, że nie musiały oglądać Kićki w trakcie zabiegu, który został przeprowadzony na stole w naszym salonie. Wszystko się dzieje po coś.)
Młodszy znów gorączkuje. Wraca Pan Mąż z pracy, jedziemy do przychodni. Niestety, otwierają ponownie dopiero o 20, jedziemy do kolejnej, otwierają ponownie dopiero o 22, nie szukamy dalej tylko o 20 wracamy do kliniki pierwszej, która okazuje się, być ponownie otwarta jednak o 20.30, co wcale nie oznacza że o tej godzinie pojawił się cały personel, przez ponad pół godziny jesteśmy sami w poczekalni. Do gabinetu lekarskiego wchodzimy o 21.20. O majgat!
Gabinet lekarski bardziej przypomina pokój dziecięcy, z kolorowym dywanikiem, namiotem, zabawkami, my siadamy na wygodnej kanapie w otoczeniu kolorowych poduszek i pluszaków a Młodszy przed badaniem dostaje w prezencie samochód. Proszę przyjść ponowie za dwa-trzy dni, tylko proszę umówić się przez moją asystentkę. Dzwonię następnego dnia, żeby się umówić.
Wizyta o godzinie jedenastej, ok?
Jedenastej rano?
Nie, wieczorem.
A nie można wcześniej?
Nie, nie ma wcześniej wolnego terminu. Doktor przyjmuje od dziewiątej.
Ok.
W trakcie Ramadanu nie tylko musimy liczyć się z porami modlitw, lecz upewnić się, że miejsce, do którego chcemy się wybrać, na pewno będzie otwarte.

Nie znam tutejszych tradycji ale wysyłam znajomym paniom życzenia z okazji Ramadanu, wiem, że dla nich to ważny czas, odnoszę wrażenie, że cieszą ich moje życzenia. Ramadan Kareem!
Pan Mąż przywozi świeżo usmażone „sambuski” (sambosas) ze stoiska wystawionego w tym miesiącu przy naszym sklepie. W świetle wszelkich fit-trendów nie jest to ani fit ani healthy ani low-fat czy cośtam-free, ale mi smakuje i to bardzo. Różne nadzienia, cztery smaki do wyboru – warzywa, ser, kurczak, wołowina, ciekawie i smakowicie doprawione, zawinięte w cienkie ciasto w kształt trójkątów i usmażone na głębokim oleju. Chrupiące, tłuste a przede wszystkim smaczne, postanawiam jutro pościć do zachodu słońca.

(stoisko jeszcze zamknięte)





niedziela, 4 czerwca 2017

Szkoła, wakacje i Ramadan

Parę tygodni temu dostaliśmy od szkoły maila, że w związku z pewnymi powodami związanymi ze zmianami w kalendarzu, zajęcia szkolne zakończą się wcześniej niż planowano. Nie wiem jakie zmiany nastąpiły, bo u mnie dzień i miesiąc ciągle był ten sam ale pomyślałam - czym jeszcze ten kraj mnie zaskoczy? I tym sposobem u nas już drugi tydzień wakacji, lecz chłopcy uczęszczają na letnie zajęcia organizowane przez szkołę.
Z dobrych wiadomości szkolnych, otrzymaliśmy już ostateczne i oficjalne potwierdzenie, że chłopcy zostali przyjęci do szkoły, którą wybraliśmy, i która spodobała się naszym dzieciom tak bardzo, że najchętniej poszliby tam już, od razu. Fakt przyjęcia ich do szkoły nie był wcale taką oczywistą oczywistością, bo żeby było tak jak się stało, trzeba było zdać egzamin. Tak, i to jeszcze trzy miesiące po naszym przyjeździe! Egzaminy chłopców odbyły się w odstępie miesiąca, pierwszy przystąpił Młodszy, a za każdym razem towarzyszyła mi Pani Nauczycielka, równie przejęta jak my. Gdy usłyszałyśmy, że egzamin potrwa około półtorej godziny, pomyślałam tylko – o majgat! Przyszła pani, każde dziecko dostało karteczkę z imieniem i nazwiskiem, dzieci ustawiły się w rzędzie i poszły. A nam pozostało czekać zastanawiając się, co oni z tymi dziećmi tam będą robić.
Gdy Starszy wyszedł ze swojego egzaminu, powiedział tylko – matematyka była łatwa i zrobiłem najszybciej ze wszystkich.
Szkoła jest duża, ładna i sprawia dobre wrażenie. Byliśmy zapoznać się też z dwiema innymi, ale to ta szkoła spodobała nam się najbardziej i po wyjściu z niej oboje wiedzieliśmy – tak, to jest to, chcemy, żeby nasze dzieci się tu uczyły. Dobrze wyposażone sale, pracownie, kompleks sportowy, szeroka gama zajęć dodatkowych, ładne place zabaw, stołówka. Czuliśmy się tam bardzo dobrze, i dawało się odczuć, że to jest szkoła dla dzieci.
Po wszystkim długo czekaliśmy na odpowiedź ale pomimo obaw, które mieliśmy na początku dziś możemy śmiało powiedzieć - warto było spróbować.

W ubiegłą sobotę rozpoczął się Ramadan – święty, dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. To czas postu, modlitwy, jałmużny. Post trwa każdego dnia od wschodu do zachodu słońca, np. dziś od 4:14 do 19:04. W tym czasie muzułmanie powstrzymują się m.in. od jedzenia, picia, palenia papierosów, nie można też plotkować i przeklinać i jeszcze czegoś na „p” - też nie można.
Pan Mąż stwierdził, że rzeczywiście, wszyscy w pracy są teraz zdecydowanie milsi i spokojniejsi.
Nas post nie obowiązuje, ale nie możemy nic jeść, pić, palić w miejscach publicznych, w pracy, więc Pan Mąż postanowił, że spróbuje rzucić palenie w trakcie Ramadanu, a my mu bardzo kibicujemy!
Znajoma mówi mi, że Ramadan jest ważnym okresem w życiu każdego muzułmanina. Może brzmi rygorystycznie ale w czasie postu i modlitwy każdy ma możliwość jeszcze bardziej wsłuchać się w siebie, popracować nad sobą, oczyścić zewnętrznie i wewnętrznie. Mówi: wiesz, niektórzy w tym czasie więcej śpią w dzień, żeby wytrzymać, ale to nie chodzi o to, żeby ten czas sobie ułatwiać. Owszem, czuję głód, pragnienie, ale dzięki temu mam możliwość zrozumieć ubogich, głodujących. To uczy szacunku.
Po zachodzie słońca wszyscy, najczęściej całymi rodzinami, w towarzystwie bliskich, znajomych, przyjaciół, sąsiadów zasiadają do uroczystej kolacji przerywającej post, czyli iftar.

Po południu Pan Mąż pojechał do pobliskiego sklepu, gdzie można zaopatrzyć się w tradycyjne świąteczne przysmaki, więc możemy powiedzieć, że nasz wczorajszy iftar wyglądał tak:


Na czas Ramadanu nasz compound został przyozdobiony tradycyjnymi dekoracjami





 A chłopcy w szkole przygotowali specjalne dekoracje





sobota, 20 maja 2017

O spikaniu

Życie weryfikuje, zdarzało mi się to mówić znajomym, na tyle często, że widocznie coś w tym jest, bo ostatnio taka weryfikacja wróciła bumerangiem od jednej życiowo zweryfikowanej koleżanki. A nie mówiłam? Mówiłam.
Mnie też życie weryfikuje raz na jakiś czas. I bardzo dobrze.
Jeszcze rok temu płakałam, prosiłam, żeby podziękował, zrezygnował z tych rozmów kwalifikacyjnych, żeby nigdzie nie jechał bo i ja ruszać się nigdzie nie zamierzam, że to terroryści, pustynia, piach, kobiety, zamaskowane bez praw do niczego, bo przecież dobrze jest jak jest i jest ok, prawda?
Prawda, nieprawda, dziś nie żałuję a powiem nawet, że bardzo się cieszę. Nie żałuję też tamtych łez i złości i wewnętrznych walk, które toczyłam sama ze sobą i przy wsparciu bliskich mi osób. Przecież wszystko dzieje się po coś.

Ktoś pyta – ale jak ci tam jest, tylko tak naprawdę? Naprawdę jest dobrze, i ja naprawdę nie narzekam – serio, serio. Czasem owszem, zdarzy mi się mieć gorszy dzień (szczególnie przed okresem, lecz na szczęście dzięki mojemu ulubionemu Rodzeństwu, nie muszę nieznośnie znosić go przy takich upałach hehe), zdarzy mi się być niemiłą, nieuprzejmą, warknąć na Pana Męża czy z braku sił i ochoty na nic, pozwolić dzieciom na to, na co nie pozwalam im często; ale i wcześniej tak było! Więc, widocznie tak mi się zdarza, bez względu na temperaturę, porę roku, dzień tygodnia czy położenie geograficzne.
Dzieci, przy odpowiednim wsparciu, stosunkowo szybko się adaptują w nowym środowisku, co zresztą słyszę tutaj dość często. Gdy ostatnio na szkolnej uroczystości jedna z mam żaliła się, że boi się o córkę, bo ona jest taka nieśmiała, spokojna, nie lubi zmian a od września czeka ją nowa szkoła, nowe koleżanki, nowy nauczyciel, mówię – spójrz na moich chłopców, oni obaj musieli zaadaptować się w nowej szkole, z nowymi kolegami, z nowymi nauczycielami, na dodatek - w nowym kraju, w innych warunkach klimatycznych, bez znajomości języka i dali radę! Wszystkie panie uczestniczące w tej rozmowie zaczęły się śmiać, a tamta mama powiedziała – tak, to jest najlepsza motywacja jaką usłyszałam. Proszę bardzo!
Dzieci uczą się też trochę inaczej niż dorośli. Do dziś pamiętam traumę odpytywanki przez nauczyciela angielskiego z nieregularnych czasowników, których uczyliśmy się pisać a nie wymawiać, bo tak naprawdę wcale nie uczyliśmy się mówić ani słuchać. Swoją drogą sposób nauczania języków obcych w mojej klasie, ehhh, szkoda słów.
Niedawno, przez kilka tygodni, przychodził do chłopców nauczyciel angielskiego, chłopcy nazwali go – Pan Gubernator. Rodowity Brytyjczyk, z piękną "kluchową" angielszczyzną jak w Nothing Hill czy Sherlocku, musiałam się mocno starać by zrozumieć co do mnie mówił, podczas gdy on nie starał się mówić tak, by zostać zrozumianym przez takiego obcokrajowca jak ja. Cóż, akcent, rzecz nabyta, a ja w gratisie miałam parę minut konwersacji. Natomiast, bardzo podobało mi się jego podejście, sposób w jaki uczył dzieci, nawet jeśli, patrząc z boku, nie wyglądało to na typowe lekcje. Razem budowali z klocków, oglądali książki, pojazdy, w trakcie takich zabaw poznawali alfabet, krótkie słówka, on o coś pytał, a oni na miarę swoich możliwości odpowiadali. Po każdej lekcji streszczał co robili, na jakim problemie bądź zagadnieniu chciał się skupić, oraz dawał mi wskazówki na co zwracać uwagę, jak samemu się z nimi bawić by zabawa miała też dodaną wartość edukacyjną, podsuwał pomysły, dzięki którym on będąc dzieckiem się uczył. Gdy na samym początku próbowałam wtrącać swoje – słuchajcie, uważajcie, zajmijcie się lekcją, uspokajał mnie – spokojnie, damy sobie radę, nawet jeśli jeden czy drugi gdzieś odchodzi a ja go zawołam, to wraca. Chce pójść ci o czymś powiedzieć? Ok, za chwilę i tak do mnie wróci. Zobaczysz będzie dobrze. To są przecież dzieci. 
Żałowałam, że nie trafiłam na niego dużo wcześniej, że nie uczy w chłopców szkole, bo sensowny nauczyciel stanowi ogromną część sukcesu.
Tydzień temu pojechaliśmy na urodziny żony szefa Pana Męża. Gdy dojechaliśmy na miejsce nikogo jeszcze nie było poza nami i jubilatką z mężem. Starszy rozejrzał się i zapytał – why nobody is here? (dlaczego nikogo tu nie ma), wszedł kolega Pana Męża ze swoją żoną (moją towarzyszką cotygodniowych pieszych wycieczek do sklepu), przywitali się, usiedli przy stoliku a Starszy zaczął jej opowiadać o uroczystości w szkole: today przedstawienie in my school, I was a giant. Potem rozkręcił się, a koleżanka sama zachęcała go do rozmowy pytaniami, opowiedział o swoim kostiumie, piosence, torcie, że był czekoladowy i truskawkowy. Bez stresu, że coś powie źle, że może ktoś nie zrozumie. Całkowicie pewny siebie. Duma rozpierała mnie od środka.
Gdy po weekendzie spotkałyśmy się by iść do sklepu, koleżanka wciąż była pod wrażeniem tego, jak Starszy się otworzył, jak ładnie opowiadał i tyle miał do powiedzenia, przecież graduation i strawberry to trudne słowa.
I choć wciąż śmieję się słysząc - mamo, zrób mi kanapkę and kakao, to tak, zdecydowanie jestem dumna słysząc jak się rozwija, buduje proste zdania, stara się i chce rozmawiać.

Może i dzieci nie łapią tak szybko jak byśmy chcieli, miesiąc, dwa, kilka przebywania w obcojęzycznym środowisku nie sprawi, że zaczną biegle mówić w innym języku (choć prawdopodobnie natura zna i takie przypadki), lecz z całą pewnością trzeba umieć je poprowadzić i wspierać na nowej drodze.

Rada numer jeden - pozwólcie dzieciom oglądać bajki w obcym języku. 

A życie? Zweryfikuje ;-)

wtorek, 16 maja 2017

Z wizytą

Nie wiem czy zawsze, ale tak – dobro wraca.
Chyba w ramach jakiejś formy odwdzięczenia się, mama jednego z chłopców z klasy Starszego zaprosiła nas do siebie do domu. Żeby nie popełnić żadnego „fo pa”, zapytałam czy powinnam coś przynieść, bo z racji „niebywania” w tutejszych towarzystwach, nie znam lokalnych zasad i zwyczajów, a nie chciałabym jednak zachować się głupio. Rozbawiona mama podziękowała i powiedziała, że nie ma takiej potrzeby, ona wszystko przygotuje. Mimo wszystko i żeby uwolnić się od pokusy, zabieram paczkę śliwek nałęczowskich w czekoladzie, które Pan Mąż wraz z połową walizki kawy i słodyczy przywiózł po Wielkanocy z Polski. Byłam ciekawa, podekscytowana, bo jak tu nie być gdy idzie się z wizytą do „tubylca”, kiedy można zobaczyć co kryje się za murami otaczającymi te duże domy.
Chłopcy udali się do pokoju dziecięcego, ja rozglądałam się po dużej przestrzeni domu, urządzonej ładnie, spokojnie bez ekstrawagancji, myśląc – a wydawało mi się, że to nasz dom jest duży.
Duża kuchnia z wyspą, ogromny salon, przestrzeń do zabawy dla dzieci wielkości naszego salonu, z trampoliną, dmuchanym zamkiem, sypialnie, dziecięce pokoje. Jeszcze jedna kuchnia i salon z tarasem piętro wyżej. Jest nawet i winda. Nie czuję się przytłoczona, bo atmosfera jest naprawdę domowa, rodzinna. Rodzina męża mieszka mocno po sąsiedzku.
Pani domu ciekawa moich odczuć dotyczących życia tutaj, podzieliła się też ze mną swoimi spostrzeżeniami z niedawnego pobytu w Europie, który bardzo jej się podobał: zdecydowanie, życie tam jest inne od życia tutaj, pomyślałam nawet, że mogłabym tak mieszkać, oczywiście byłoby to czymś w rodzaju wyzwania, bo jednak wszystko trzeba robić samemu.
Uśmiechnęłam się, to takie normalne przecież. Tutaj, dwójka dzieci, dwie opiekunki, pomoc domowa.
Zjadłyśmy smaczny obiad, dzieci domową pizzę, odruchowo chciałam pomóc z naczyniami ze stołu – nie ma potrzeby, zostaw, pani S. posprząta. No tak, nie jesteś do tego przyzwyczajona, prawda?
Prawda, prawda.
Było naprawdę miło, pan taksówkarz zadzwonił, czy ma po mnie przyjechać. Spojrzałam na zegarek – o majgat! Przyjemnie się zasiedzieliśmy.

Być może zakatarzony Pan Mąż przywiózł nam coś po świętach z Polski, może to efekt niedawnej burzy piaskowej, wypadkowa pogody, klimatyzacji, zmian temperatur i czegoś tam jeszcze – rozchorowaliśmy się. Najpierw Młodszy, potem mnie rozłożyło na dużo dłużej niż normalnie, na koniec Starszy. W Polsce przy takich objawach idę do apteki i wiem co chcę kupić. Tutaj mamy sprawdzoną na razie jedną klinikę, dzwonię – odzywa się głos w automacie, nie rozumiejąc nic a nic, słucham przez dwie minuty w oczekiwaniu, że może jednak odezwie się ktoś, kto poza gadaniem będzie także mógł posłuchać i odpowiedzieć. Nie jestem w stanie zrozumieć, czy automat powtarza w kółko ten sam komunikat, czy jest to dłuższy monolog po arabsku, instruujący mnie co powinnam zrobić zamiast wisieć tak niezrozumiale na linii. Googluję jeszcze inną przychodnię, dzwonię, pani mówiąca po arabsku przekazuje słuchawkę jeszcze jednej mówiącej po arabsku, która w końcu przekazuje do pana mówiącego po angielsku, mam nadzieję, że dobrze zrozumiałam - można przyjechać. W międzyczasie sprawdzam i przyswajam medyczne słownictwo. Trafiamy na bardzo sympatycznego lekarza (choć na wejściu czuję się zignorowana – good afternoon sir – i odnoszę wrażenie, że bardziej rozmawia z Panem Mężem a ja co najwyżej mogę sobie pogadać do obrazu), ogląda, osłuchuje, bada obu chłopców. Ostatecznie zwraca się też do mnie, chłopcy dostają po lizaku, jeszcze apteka, dom.

Kilkakrotnie odwiedzamy też stomatologa, który uświadamia nas, że zdrowo wyglądające zęby Starszego, kryją niestety sporo niezdrowości. Kilka wizyt, kilka plomb, pan doktor przekonuje nas do siebie tak bardzo, że wszyscy po kolei umawiamy się, żeby przejrzeć i ewentualnie zrobić porządek ze swoim uzębieniem. Ja siadam na fotel dzień po ostatnim leczeniu Starszego, pani asystentka pyta jak się czuje młody pacjent, chwilę rozmawiamy, ona stwierdza, że nasz język brzmi dla niej ciekawie, i nawet wieczorem w domu próbowała sobie powtórzyć to, co mówiłam po polsku do syna, dobrze to wymawiam – otwórz, szeroko?
Opowiadam Panu Mężowi – otwórz szeroko.. w sumie, to takie podstawy komunikacji.
Dopiero po chwili załapuję kontekst.

O majgat!  

niedziela, 23 kwietnia 2017

o świętowaniu

Święta, święta i po świętach. Nie, żebyśmy je tutaj mocno odczuli, bo nie odczuliśmy. I w niedzielę i poniedziałek – szkoła, a kto pracuje – praca. Nie było atmosfery, magii, kulinarnych fantazji, ot zwyczajne menu: owsianka, kurczak z bulgurem i kanapki.
Zdjęcia mazurków, wykwintnych dań, koszyczków, stroiczków, którymi bliscy dzielili się z nami sprawiały, że brzuszki oblizywały się ze smakiem. A gdy zaczęły się wszystkie telefony z Polski z życzeniami, pozdrowieniami to i magia przybyła, chłopcy zażyczyli sobie malowanie pisanek.

Było super.
Zatęskniliśmy.
Mamo, a za ile dni będzie lato i pojedziemy do babci na wakacje? Bo u babci są bułeczki maślane, a tutaj nie ma. A możemy zrobić zabawę w rąbanie drzewa? I rozpalimy ognisko, tylko szkoda, że nie możemy zabrać naszych nerfów i pistoletów na wodę.
- Możemy je zabrać, i jak chcesz to zabierzemy.
Ale sama pamiętasz te kontrole bagażów do samolotu! To się jeszcze zastanowię czy je zabierzemy bo bardzo bym chciał. I wiesz, będziemy robić bazę i uciekać przed maluchami, bo dziewczyny też będą w grupie maluchów, a może zrobimy tak, że w naszym pokoju będzie baza i będziemy mogli tam chować naszą mapę, nasz zeszyt, ale proszę mamo, tylko ja będę tam wchodził, żeby dziewczyny nie mogły znaleźć naszego tajnego zeszytu i umówimy się, że ja będę wprowadzał kod, na przykład 4827 i wtedy mnie wpuścisz do pokoju, ale będę wchodził sam jak wprowadzę ten kod, ok? Ale wejdę tylko na chwilę a nikt inny nie będzie wchodził, zobaczysz będzie fajnie, możemy się tak umówić? Proszę...

W tym roku święta zbiegły się z urodzinami Starszego. Pomimo początkowego braku zrozumienia, ostatecznie umówiliśmy się, że zaprosimy wszystkich latem i zrobimy przyjęcie
- ale mamo, przecież do lata wszyscy zapomną, że były moje urodziny i nikt nie przyjdzie z prezentem.
Na nasze skromne potrzeby przygotowałam mały torcik z fajerwerkiem, 

natomiast do szkoły kupiliśmy piękny tort w barwach człowieka-pająka. Tort zrobił tak zwane wejście: wow Spiderman!

Dzieci odśpiewały happy birthday po arabsku i po angielsku. Tort okazał się nie tylko ładny ale i smaczny. Nawet Starszy, który fanem tortów nigdy nie był, zjadł z apetytem swój kawałek.
Zgodnie z tutejszym zwyczajem przygotowaliśmy po drobnym upominku dla wszystkich dzieci, Starszy dumnie rozdawał małe torebki i cieszyliśmy się, że dzieci się cieszą i dziękują. To były bardzo miłe szkolne urodziny.

Z dnia na dzień Starszy otrzymał zaproszenie na przyjęcie urodzinowe do koleżanki z klasy. Początkowo nie planowałam iść, mieliśmy za mało czasu na kupienie prezentu, poza tym, po ostatnim urodzinowym doświadczeniu, nie bardzo mi się chciało. Nawet nie wiedziałam co to za koleżanka. Ostatecznie jednak, decyzją dzieci, wybraliśmy się - i bardzo dobrze.
Pan Mąż nauczony doświadczeniem, stwierdził, że przyjedzie po nas dopiero po zakończeniu imprezy, i słusznie. Tu jest stół dla dzieci, a tu stół dla mam.
Przyjęcie urodzinowe odbywało się w kompleksie sal zabaw, które chłopcy znali i bardzo lubili, więc sama lokalizacja już dawała 100% do przekonania. Przyszło ponad pół klasy oraz mamy, z którymi przy różnych ostatnich okolicznościach zamieniłam parę zdań, więc nie czułam się zupełnie obco. Czułam się bardzo dobrze. Ponieważ wszystkie dzieci w domu zrelacjonowały szkolne urodziny Starszego, więc i wszystkie panie złożyły mu życzenia.

Dzieci przez prawie dwie godziny miały zapewnione atrakcje w pięciu różnych tematycznie salach zabaw, po czym wróciły na posiłek. Były tak głodne, że z dużym apetytem zjadły najpierw pizzę a po odśpiewaniu happy birthday prawie każdy zmieścił jeszcze po kawałku tortu.
Gospodyni imprezy, przygotowała także przekąski dla mam, home-made – sałatki, grillowane warzywa i nadziewane bułeczki. Przepyszne!
Było miło, a ja nie siedziałam jak pajac przy stole pełnym rozmów w niezrozumiałym dla mnie języku. Choć był moment, że osiem pań przy stole rozmawiało ze sobą w swoim ojczystym języku, czyli rosyjskim więc i ja czułam się trochę „swojsko”.

Chłopcy cali mokrzy, z wypiekami na twarzy i szerokimi uśmiechami przeżywali to fantastyczne przyjęcie urodzinowe. Cieszę się, że nie uległam swojemu niechceniu i, że nie zostaliśmy w domu.